Rozmowa z Magdą Ciszewską-Rząsą – transkrypcja

Olga Pluta: Cześć! Witajcie w trzecim odcinku podcastu „Artyści Zakopanego”, realizowanego przez Fundację Ściana Teatr. Nazywam się Olga Pluta i zapraszam was do cyklu rozmów z artystami współcześnie tworzącymi pod Tatrami. Będziemy rozmawiać o ich twórczości, drodze artystycznej i relacji z Zakopanem. W trzecim odcinku podcastu rozmawiam z Magdą Ciszewską-Rząsą, zakopiańską fotografką i rzeźbiarką, która na co dzień współprowadzi Galerię Antoniego Rząsy w Zakopanem. Podcast nagrywamy we wnętrzach restauracji Marilor, partnera cyklu podcastów. Partnerem odcinka jest Galeria Antoniego Rząsy, a projekt jest dofinansowany ze środków Urzędu Miasta Zakopane i realizowany pod honorowym patronatem Burmistrza Miasta Zakopane. Zapraszam do wysłuchania rozmowy. Cześć, Magdo.

Magda Ciszewska-Rząsa: Cześć.

Olga Pluta: Bardzo dziękuję, że zgodziłaś się na udział w podcaście „Artyści Zakopanego”. To dla mnie bardzo ważne i bardzo się cieszę, że się spotykamy. Już klasycznie nasze rozmowy w podcaście „Artyści Zakopanego” zaczynamy od mojej prośby do artysty, żeby się przedstawił i w kilku zdaniach opowiedział o swojej twórczości – niejako osobom, które jeszcze o twórczości danego artysty, w tym przypadku Twojej, nie słyszały. Kim jest Magda Rząsa, artystka?

Magda Ciszewska-Rząsa: Ojejej, no dobrze. Nazywam się Magda Ciszewska-Rząsa. Nie pochodzę z Zakopanego, ale mieszkam tu już dwadzieścia siedem lat, czyli pół życia, i prowadzę Galerię Antoniego Rząsy. Moje wykształcenie jest takie, że skończyłam Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie, na wydziale rzeźby, u profesora Grzegorza Kowalskiego, czyli w tej słynnej Kowalni. Tak się złożyło, że właściwie cała moja twórczość – i podczas studiów, i potem – wiąże się bardziej lub mniej z fotografią. Już na studiach byłam nadwornym fotografem naszej pracowni, a z drugiej strony wszystkie te obiekty, instalacje i tak dalej były jakoś związane z tym medium i chyba w nim czuję się najlepiej. To specyficzne wykształcenie daje jednak człowiekowi poczucie, że musi opowiadać naprawdę o czymś – że twórczość, przynajmniej dla mnie, to jest coś, w czym naprawdę chcemy wiedzieć, co opowiadamy, po co to robimy i jakich środków używamy, żeby to opowiedzieć. W związku z tym nie jestem artystką, która pracuje nad swoją praktyką artystyczną codziennie – żyjąc i robiąc mnóstwo innych rzeczy, od czasu do czasu czuję, jak wzbiera we mnie potrzeba tworzenia, opowiedzenia o czymś, co mnie nurtuje.

Olga Pluta: Mhm.

Magda Ciszewska-Rząsa: I to sobie gdzieś siedzi w tyle głowy. Siedzi, siedzi, aż w pewnym momencie dojrzewa. To znaczy nie mam tak, że muszę coś zrobić, więc zastanawiam się, co by tu zrobić – tylko coś mnie naprawdę mocno uderzy, wydaje mi się warte swojej historii, i wtedy zaczynam działać.

Olga Pluta: Mhm, mhm. Ja pierwszy raz zetknęłam się z Twoją twórczością jakieś trzy lata temu, na wystawie w Galerii Władysława Hasiora, czyli filii Muzeum Tatrzańskiego w Zakopanem. Na wystawie „Kolekcja” prezentowany był między innymi Twój cykl fotograficzny „Las Chałubińskich”. I zastanawia mnie, co ujęło Cię w tym miejscu, w tym temacie, że zdecydowałaś się ubrać go w cykl fotograficzny.

Magda Ciszewska-Rząsa: Część mojej twórczości bardzo mocno wiąże się z miejscem, w którym mieszkam, i z troski o to miejsce – o to, czym ono jest, kim jest dla mieszkańców, kim jest dla turystów, jak się rozwija, czy dobrze się rozwija i tak dalej. „Las Chałubińskich” to projekt, który dojrzał we mnie na fali zmasowanego ataku deweloperskiego na Zakopane i braku pomysłu Zakopanego na to, jak się przed tym obronić i w ogóle powiedzieć, kim chce być w swoim rozwoju.

Olga Pluta: Mhm.

Magda Ciszewska-Rząsa: Cały czas nie ma jakichś konkretnych planów urbanistycznych, nie ma konkretnej wizji rozwoju miasta. To miasto, będąc jednocześnie na końcu drogi, ma swoje limity, a jednocześnie cały czas wpuszczamy tu inwestorów, którzy mają sobie za nic planowanie przestrzenne i urok tego miejsca. Przeciwstawną postawą do tej sytuacji jest postawa świętej pamięci Stefana Chałubińskiego, wnuka Tytusa Chałubińskiego, który całą swoją działkę – mającą prawie hektar, porośniętą pierwotnym lasem tatrzańskim – wielkim staraniem postanowił uczynić pomnikiem przyrody. W momencie, gdy inni sprzedają swoją ziemię, żeby mieć pieniądze, nie myśląc o tym, co się z nią potem stanie, i często potem tego żałują, Stefan Chałubiński i jego córki kontynuują tę decyzję swojego ojca. W samym centrum Zakopanego las stał się pomnikiem przyrody – jest niesprzedawalny i nie można go zabudować. Fenomenem tego miejsca jest to, że kiedy wejdzie się przez tę magiczną furteczkę, człowiek jest naprawdę otoczony dziką, pierwotną naturą. Postanowiłam po prostu o tym opowiedzieć – eleganckimi zdjęciami. Właśnie ta elegancja zdjęć mi przyświecała. Natomiast opowieść w tle jest taka, że to miejsce leży w zbiegu dwóch bardzo ruchliwych ulic. Żałuję, że nie ma dźwięku do tych zdjęć – przecież nie można sfotografować dźwięku – bo to niesamowite, że jesteśmy tam, w tej przyrodzie, i wydawałoby się, że powinna tam być cisza, śpiew ptaków, a tymczasem jest tam totalny hałas miasta, cały czas. To jest więc coś, czego nie ma na tych zdjęciach. Ale może dobrze, że nie ma – bo to jest właśnie o tym.

Olga Pluta: Mhm. Bo jednym z bohaterów jednego ze zdjęć jest właśnie Tytus Chałubiński – fotografujesz jego pomnik, ale…

Magda Ciszewska-Rząsa: Ale od tyłu.

Olga Pluta: Od tyłu, od tej nieznanej strony.

Magda Ciszewska-Rząsa: Od wewnątrz tego ogrodu, tak?

Olga Pluta: Mhm, okej. O Zakopanem opowiadasz też w innym cyklu – jednym chyba z Twoich pierwszych, cyklu „Zakopane Miasto”. Czy mogłabyś opowiedzieć, jak pokazujesz Zakopane na tych fotografiach?

Magda Ciszewska-Rząsa: Tak, to też jest w gruncie rzeczy historia stawania się Zakopianką. Bo to nie jest tak, że wybrałam Zakopane jako miejsce do życia – to trochę Zakopane wybrało mnie, a właściwie wybrał mnie Marcin Rząsa. Nie jestem więc jedną z tych osób, które wymarzyły sobie mieszkać w Zakopanem, po prostu tak się stało. Nie ukrywam, że mimo iż jestem narciarką i osobą związaną z górami, było mi to bardzo trudne. Przez wiele lat borykałam się ze znalezieniem swojej tożsamości w tym miejscu, i cykl „Zakopane Miasto” był z jednej strony taką autoterapią, a z drugiej – jego ideą było odcięcie Zakopanego od gór. To znaczy pokazanie miasta bez kontekstu gór, bo Zakopane zawsze się obroni tym, że ma nad sobą Tatry – cokolwiek by robiło, ludzie zawsze będą chcieli tam przyjechać. Ale czym jest to miasto samo w sobie? W związku z tym wybrałam mój absolutnie ulubiony format – panoramiczny, który jest płaski, więc nie pokazuje tego, co jest nad miastem. To taka opowieść o rozwijającym się mieście, czarno-białe fotografie. Ostatnio wyciągnęliśmy te zdjęcia, komuś je pokazywałam – są z około dwa tysiące piątego roku. Od tamtej pory miasto bardzo się zmieniło. Chyba w ogóle czas na drugi sezon „Zakopane Miasto”, bo miasto naprawdę bardzo się zmienia.

Olga Pluta: Mhm. I to, co jest bardzo ciekawe na tych zdjęciach, to nie tylko panoramiczny format, ale też to, że są czarno-białe. Zastanawiało mnie, dlaczego zdecydowałaś się pokazać Zakopane w czerni i bieli, a nie w bardziej realistycznym ujęciu.

Magda Ciszewska-Rząsa: Dlaczego? Bo w fotografii teraz trochę już używam koloru, ale uważam, że fotografia czarno-biała, w swojej szlachetności, jest po prostu fajna. Teraz, kiedy fotografuje się cyfrowo, zamienianie zdjęć z kolorowych na czarno-białe jest zawsze trochę dyskusyjne. Ale wtedy po prostu pracowałam na kliszy czarno-białej, ręcznie ją wywoływałam, ręcznie robiłam odbitki i tak dalej. To jedna strona sprawy. A z drugiej – Zakopane ma niesamowity chaos przestrzenny, a w połączeniu z kolorami robi się chaos nad chaosami. Taka uporządkowana struktura samej fotografii, sama czerń i biel, gdzieś w tym pomaga. Ale to też było po prostu tak, że pracowałam na czarno-białej kliszy.

Olga Pluta: Mhm, okej. Wracając trochę do teraźniejszości – w tym momencie Twoją pracę można zobaczyć na wystawie „Razem. Artyści Zakopiańscy” w Miejskiej Galerii Sztuki w Zakopanem. To tak naprawdę tryptyk, trzy zdjęcia. Czy mogłabyś opowiedzieć, o czym przez tę pracę opowiadasz?

Magda Ciszewska-Rząsa: To też ciekawa historia. Tak naprawdę te zdjęcia powstały w zupełnie różnych miejscach i momentach, a połączyły mi się w głowie dopiero wtedy, kiedy zostało wystosowane zaproszenie do udziału w wystawie – i stwierdziłam, że fajnie będzie je połączyć, bo jakoś razem działają. Wszystkie trzy powstały na zasadzie takiego strzału – „wow, o tym trzeba opowiedzieć”. Zacznę może od najstarszego, czyli środkowego zdjęcia z tego tryptyku – to tenisówki Franka. Kiedy jakiś czas temu zaczęły być modne vansy, conversy i tym podobne, nie mieściło mi się w głowie, że za tenisówki, które można kupić za dwadzieścia złotych na targu, ktoś zapłaci dwie stówy za praktycznie to samo. Była cała historia tego, że on o tym marzył. W końcu kupiliśmy te buty i potem chodził w nich tak długo, aż się rozpadły. I to nie dlatego, że nie miał nowych butów – w moim synu, który najpierw miał marzenie o modnych butach, dojrzało coś w rodzaju pierwotnej idei zero waste. Zrobił z tego swego rodzaju performance – zapinał je agrafkami i tak dalej. Te buty zostały użyte do samego końca i wydaje mi się, że to było piękne. Stąd pomysł, żeby sfotografować ten but w taki totalnie katalogowy sposób. Drugie zdjęcie, po lewej stronie, to but zarośnięty. To z kolei niesamowita historia znalezienia miejsca – całe wysypisko, śmietnik, który przyroda z powrotem wchłonęła, w bardzo pięknym miejscu na Podhalu. Wydaje mi się, że to jest krok dalej w pytaniu o ekologię – o to całe krzyczenie, że musimy ratować i chronić przyrodę, podczas gdy jak się jej naprawdę przyjrzeć, to ona jest silniejsza od nas. Oczywiście musimy na nią uważać, są miejsca, gdzie jest jej za mało i warto ją tam wprowadzać, ale z drugiej strony to jest taka siła i żywotność, że przyroda po prostu sobie radzi i zjada to wszystko. To ten drugi obraz – zresztą po prostu piękny, naprawdę mnie zauroczył. A trzecie zdjęcie jest już takim dopowiedzeniem całości – to taki tryptyk z cyklu Vanitas.

Olga Pluta: Okej. Natomiast nie tylko Zakopane jest bohaterem Twoich prac fotograficznych – fotografowałaś też na przykład podhalańskie wsie, podparyskie ogrody, węgierską zimę. Zastanawiam się, co sprawiło, że akurat te miejsca i tematy Cię zafascynowały i zdecydowałaś się je sfotografować.

Magda Ciszewska-Rząsa: Te podhalańskie historie to projekt w procesie – wciąż w toku, z wyjątkiem jednego zamkniętego rozdziału, czyli stodół w Nowej Białej. To szerszy cykl, który nazywam architekturą konieczną. Uwielbiam prostą działalność człowieka – to, że człowiek działa, ale w swojej prostocie, bez wielkiego wymyślania. Jestem zachwycona takimi formami: człowiek potrzebuje coś mieć, więc bierze to, co ma, i z tego, co ma, buduje to, czego potrzebuje. W efekcie bardzo często powstają absolutnie doskonałe konstrukcje, doskonałe historie – bo ta funkcjonalność i ponowne wykorzystanie dostępnego materiału pokazują niesamowitą ludzką kreatywność, bardzo bezpośrednią: „to chcę, tego potrzebuję”. Ten cykl cały czas powstaje, rozrasta się w miarę odkrywania nowych historii. Nic na siłę, idzie sobie powoli. Chociaż podobne rzeczy widziałam też w Grecji – zupełnie inny kosmos – wydaje mi się, że Podhale wyjątkowo obfituje w takie samorodne talenty. Nie wiem, czy to przez bliskość z przyrodą, czy przez życie w trójwymiarze, w górach, gdzie zawsze jest pod górkę i z górki. W każdym razie ludzie tutaj, nawet kiedy nic specjalnego nie robią, robią to często pięknie. I to jest zabawne, że w Zakopanem jest taki chaos, bałagan i masakra przestrzenna, a jednocześnie w tym góralskim DNA gdzieś jest obecna ta równowaga. Więc Podhale to trochę kontynuacja „Zakopane Miasto”, taka podobna historia. Natomiast cykle takie jak Węgry czy park Saint-Cloud to po prostu strzały – ale też wynikające z jakiejś miłości. To dla mnie ważne miejsca. Park Saint-Cloud leży w bezpośrednim sąsiedztwie mieszkania naszych przyjaciół, których często odwiedzamy. To też fenomen – park założony przez tego samego architekta, który zaprojektował Wersal, z tymi osiowymi założeniami. W czasie wojen pruskich zburzono tamtejszy pałac, więc park jest pełen osi, które teraz trafiają w próżnię, bo pałacu już nie ma. To taka zabawa, opowieść o symetrii. A Węgry to chyba mój absolutnie ulubiony cykl fotograficzny, który też powstał w ramach projektu – jakiegoś projektu wyszehradzkiego, w którym brałam udział, chyba z okazji dwudziestolecia Grupy Wyszehradzkiej. Śmieję się, że to piękny projekt, który powstał dzięki opieszałości urzędników unijnych – pytanie o chęć udziału dostałam w lutym, a potwierdzenie, że projekt będzie realizowany, dopiero pod koniec listopada, z założeniem oczywiście, że wszystko ma powstać w tym samym roku kalendarzowym. Węgry są dla nas bardzo ważnym miejscem – rejon Tokaju. Marcin jeździł tam na plenery, do miejscowości Tarcal, jeszcze zanim się poznaliśmy, a potem zawsze razem tam jeździliśmy, choćby na chwilę. To dla nas najbliższy ciepły kraj – tu, w Zakopanem, jest jak jest: jest środek lata, wszyscy narzekają na upały, a my nie chowamy puchówek do szafy, tylko chodzimy z parasolami. A można pojechać dwieście kilometrów, parę godzin samochodem, i jest się w absolutnie ciepłym kraju, gdzie dojrzewają winogrona, brzoskwinie, pomidory mają smak i w ogóle jest cudownie. To miejsce kojarzy mi się głównie z tym ciepłem. A wtedy nagle przyjechaliśmy – minus dwanaście stopni, wilgotność powietrza ogromna, bo tam zbiega się Tisa z Bodrogiem, i te ciepłe kraje marzeń zostały przykryte kołderką śniegu. To jest naprawdę cudowne. Uwielbiam ten cykl. Powstał po prostu zbiór bardzo fajnych zdjęć.

Olga Pluta: A czy teraz chodzi Ci po głowie jakiś pomysł na nowy cykl fotograficzny?

Magda Ciszewska-Rząsa: Tak, tak, tak. Próbuję teraz pracować – bo rzeczywiście sami sobie zafundowaliśmy w Galerii Antoniego Rząsy dużo aktywności, a z drugiej strony te aktywności też na nas spadają. Zeszły rok to były cztery wystawy zewnętrzne, jedna po drugiej, i tak naprawdę nawet kiedy galeria udaje, że nic nie robi, to i tak dzieje się bardzo dużo – i to w dużej mierze spoczywa na mojej głowie. Teraz przeniosłam się na skalę makro i opowiadam o roślinach. Na razie pracuję nad tym powolutku, ale to opowieść trochę o roślinach inwazyjnych – znowu to samo pytanie, o którym mówiłam: czy my chcemy tej natury, czy tak naprawdę się jej boimy i brzydzimy. Dlaczego jedne rośliny niszczymy jako złe, a inne uznajemy za dobre? To trochę paralela do tematu migrantów. Te rośliny inwazyjne to pytanie o przyrodę – czy kochamy ją tylko wtedy, kiedy ją ujarzmimy, czy jak ona ujarzmia nas, to co się wtedy dzieje? Ale to jeszcze zaczątek pomysłu. Na razie jestem po prostu totalnie zafascynowana uczeniem się fotografowania roślin, bo to osobny kosmos, osobna umiejętność. Na razie tak to wygląda.

Olga Pluta: A czym różni się dla Ciebie fotografowanie w skali makro od tych cykli fotograficznych, które do tej pory realizowałaś? Co jest w tym nowego?

Magda Ciszewska-Rząsa: Ten cykl w moim folderze w komputerze nazywa się „Dzikie”. Jestem okropną bałaganiarą – znasz nasz dom, po prostu nie jesteśmy w stanie zapanować nad przedmiotami, które nam się piętrzą. Natomiast w fotografii mam totalny porządek. Każda moja fotografia, jeśli jest świadomie skomponowana, ma wszystko na swoim miejscu. Tak jak Henri Cartier-Bresson mówił, że czeka – i pach! Fotografia to geometria. Kiedy fotografuję na przykład architekturę, mogę postawić statyw, chodzić, kombinować. Natomiast te wszystkie krzaki, kwiatuszki i tak dalej mają cały czas swoje historie, które w ogóle mnie nie słuchają. Nie chcę udawać, że to jest studio – chcę, żeby to było naprawdę tu i teraz, w tym miejscu. Trzeba to tak skomponować, żeby wyszło tak, jak wydaje mi się, że warto o tym opowiedzieć. A jednocześnie w trakcie fotografowania pojawiła się nowa historia – to jest w ogóle fascynujące. Nie widzimy tego na co dzień, ale kiedy się ogląda konstrukcję roślin, naprawdę trudno nie wierzyć w Pana Boga – to jest tak doskonałe, tak wymyślone. Jak się zajrzy do środka, można by potem przejść do mikroskopów, nie wiem, ale to jest coś absolutnie niesamowitego. Jednocześnie właściwie nie ma rośliny doskonałej – i w ogóle nie interesuje mnie roślina, która nie ma żadnej skazy, u której nic się nie urwało, nie przyschło, nie wyrosło jakoś nie tak. Tak jak u nas, ludzi. Więc ten projekt może pójść jeszcze jakimiś nowymi ścieżkami, bo jestem bardzo ciekawa i bardzo się cieszę, i kradnę różne momenty – bo, jak już mówiłam, to nie jest tak, że zajmuję się tylko swoją praktyką artystyczną. Jest galeria, jest dom, jest złamana ręka u dziecka i tak dalej. Więc to są trochę chwile ukradzione, ale gdzieś to dojrzewa i wszystko musi iść powoli, swoim rytmem, i w końcu – pach! [śmiech]

Olga Pluta: Chciałam jeszcze na chwilę wrócić do wątku, o którym wspomniałaś na samym początku – że studiowałaś rzeźbiarstwo na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Zawsze bardzo mnie interesowało, jaką byłaś rzeźbiarką. Czy mogłabyś opowiedzieć, jak wyglądały Twoje prace rzeźbiarskie? Jakie tematy Cię wtedy interesowały? Bo czytając o Twojej ścieżce artystycznej, natrafiałam na ten moment studiowania rzeźby, a potem przejścia do fotografii, i zawsze zastanawiało mnie, jaką byłaś rzeźbiarką.

Magda Ciszewska-Rząsa: Właściwie nie wiem, czy mogę powiedzieć, że kiedykolwiek byłam rzeźbiarką [śmiech]. Chociaż ostatnio, w dwudziestym czwartym roku, zrobiłam obiekt przestrzenny, więc czasem coś tam robię. Zrobiłam kilka obiektów przestrzennych, rzadko je pokazuję, choć mogłabym gdzieś je pokazać. Jeśli chodzi o samo rzeźbienie w materii, jestem beznadziejna, zupełne dno – no dobra, wyrzeźbię głowę w glinie, jeśli będę musiała, ale nie będzie to jakieś wybitne dzieło. Nie mam też takich podstaw manualnych, jak niektórzy koledzy ze studiów – pamiętam, jaka była między nami przepaść. Ja skończyłam warszawskie liceum biologiczno-chemiczne, potem jeszcze w międzyczasie byłam na studiach handlowo-marketingowych we Francji, po których odkryłam, że to nie mój świat i że muszę iść na akademię. W każdym razie bardzo świadomie i szybko wybrałam pracownię profesora Grzegorza Kowalskiego, gdzie w tamtych czasach co roku musieliśmy wyrzeźbić akt jeden do jednego w glinie. To studium formy musieliśmy przejść i było to bardzo przyjemne. Natomiast patrząc na możliwości czysto rzeźbiarskie – absolwenci szkoły imienia Kenara byli w tym po prostu świetni, potrafili zrobić wszystko, co sobie wymyślili. Ja nie miałam takiej bazy – przyszłam na akademię, kiedy oni już umieli rzeźbić, a ja dopiero się tego uczyłam. Ale właśnie wybór Kowalni polegał na tym, że to była pracownia niezwykle otwarta na różne pomysły. Potem powstał wydział multimediów, ale wtedy go jeszcze nie było – pracownia była więc otwarta i na sztukę wideo, i na instalacje, i na łączenie fotografii z innymi mediami. Zawsze siedziałam w takich, powiedzmy, trochę konceptualnych klimatach, przy takich przedmiotach. To znaczy – patrząc dziś na moje projekty z czasów studiów i na to, co powstało do tej pory, myślę, że jestem bardzo bliska tej myśli architektury koniecznej, która przyświeca moim zdjęciom. Bardzo mnie bawiło konstruowanie czegoś z bardzo dostępnych rzeczy – taka sztuka recyklingu, zanim jeszcze się tak nazywała. Oczywiście nie w sposób fanatyczny, że nic nie mogę zamówić czy zespawać – ale gdzieś takie proste komentarze do rzeczywistości.

Olga Pluta: Ale mówisz też, że fotografia pojawiła się już na studiach.

Magda Ciszewska-Rząsa: Tak, tak, tak. Siedziałam prawie cały czas w ciemni i coś tam kombinowałam. Fotografii używałam też w swoich instalacjach rzeźbiarskich. Strasznie żałuję, że to były wtedy takie trudne czasy – miałam bardzo dużo pomysłów, które wtedy były nierealizowalne. A teraz można na przykład wydrukować fotografię na drewnie, na kamieniu. Teraz mnie to już nie do końca interesuje, ale kiedyś mogłam pójść w tę stronę [śmiech].

Olga Pluta: Po studiach na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych przyjechałaś do Zakopanego i od tego momentu opiekujesz się, wspólnie ze swoim mężem Marcinem Rząsą, Galerią Antoniego Rząsy. Czy mogłabyś opowiedzieć o tym miejscu ze swojej perspektywy – może dla osób, które jeszcze go nie znają?

Magda Ciszewska-Rząsa: To miejsce już za kilka dni będzie obchodziło swoje pięćdziesięciolecie. Wybudował je Antoni Rząsa – to było jego marzenie. W głębokiej komunie marzeniem Antoniego Rząsy było stworzenie domu dla rzeźb. W końcu, dzięki przychylnym decyzjom miasta, udało mu się – na miarę tamtych strasznych lat siedemdziesiątych, kiedy nic się nie dało załatwić – wybudować jednocześnie dom dla rzeźb i dom dla rodziny. Antoni Rząsa skończył galerię, ale nie skończył domu za życia, bo zmarł cztery lata po otwarciu Galerii Antoniego Rząsy. Marcin Rząsa, wtedy jeszcze młody chłopak, był jednak niezwykle świadomy powagi spuścizny, którą odziedziczył. Marcin bardzo często mówi, że gdyby to była słaba sztuka, nie zajmowałby się tatusiem – ale ma ogromną świadomość, że to naprawdę dzieła sztuki wielkiej klasy. Marcin, mimo śmierci rodziców, cały czas kontynuował tę działalność. Przez dwadzieścia lat razem z nim mieszkała rodzina Butkiewiczów, która bardzo dzielnie zajmowała się aktywnością galerii. W pewnym momencie do programu galerii dołączyły wystawy czasowe sztuki współczesnej. A kiedy ja się pojawiłam, przyszłam już trochę na gotowe. Ale bardzo nas to cieszy, że stworzyliśmy – czy raczej ja weszłam i kontynuuję jego działanie – taki otwarty dom, otwarty z jednej strony na sztukę, na różne wydarzenia, a po prostu otwarty dla ludzi. Naprawdę mamy codziennie kogoś na miejscu – ostatnio nawet pomyślałam, że jesteśmy głupkami, że nie prowadzimy księgi gości, bo codziennie ktoś u nas jest, toczą się jakieś rozmowy, historie. W pewnym momencie dopisaliśmy sobie coś, co wynikło z zabawnej historii – robiliśmy na stulecie urodzin Antoniego Rząsy wspólną wystawę w Okszy Antoniego Rząsy, byliśmy partnerami, a Muzeum Tatrzańskie miało obowiązkowy dopisek „Małopolska Instytucja Kultury”. Ponieważ obok Muzeum Tatrzańskiego i Małopolski była tylko „Galeria Rząsy”, kompozycyjnie wyglądało to na plakacie nie najlepiej. Więc dopisałam „Rodzinna Instytucja Kultury”. I tak już zostało – w mailu mamy tę „rodzinną instytucję kultury”. Oczywiście nie ma żadnego systemu ani formalnego bytu prawnego o takiej nazwie. Są prywatne muzea, które próbują teraz jakoś sformalizować swoje istnienie, znaleźć jakąś formułę. U nas takiej formuły nie ma, ale naprawdę nią jesteśmy. To znaczy – i dziadkowie: Halina, fotografka, Antoni, rzeźbiarz; Marcin, rzeźbiarz; ja, fotografka. Nasze dzieci też wybrały kierunki artystyczne. I ta galeria jest taką instytucją rodzinną, w której dzieją się chyba całkiem ciekawe rzeczy, choć cały czas funkcjonuje poza systemem. I to jest zabawne, że coś, co nie jest w systemie, nie jest w żadnych budżetach ani niczym takim, może funkcjonować pięćdziesiąt lat tylko dlatego, że ludziom się chce.

Olga Pluta: A powiedz, Magda, jak wyglądało Twoje pierwsze spotkanie z rzeźbami Antoniego Rząsy? Co o nich wtedy sądziłaś?

Magda Ciszewska-Rząsa: A Ty to wiesz, nie?

Pluta: Nie.

Magda Ciszewska-Rząsa: Byłam studentką rzeźby. Bo to z Marcinem jest w ogóle bardzo fajna, zakopiańska, narciarska historia. Jestem instruktorką narciarską i w czasie studiów spędzałam bardzo dużo czasu w Zakopanem, bo jeździłam tu z dzieciakami z klubów na narty. Rytuałem było, żeby wieczorem zejść do piano baru, a do piano baru przychodził też mój wuj, Leszek Nagrobecki, który przyjaźnił się z Marcinem Rząsą. Marcin skończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie przede mną, więc na studiach akurat się rozminęliśmy, ale oczywiście wiedziałam, kim jest. Jako dobrze wychowana kuzynka, kiedy wiedziałam, że wuj Nagrobecki siedzi sam w barze, nie siedziałam z kolegami, tylko prowadziłam z nim dość nudną konwersację. W pewnym momencie przychodził Marcin i wszystko się ożywiało, robiło się ciekawie, fajnie. Byłam wtedy chyba na trzecim albo czwartym roku. Marcin zaprosił mnie do galerii. Zobaczyłam tam twórczość, która wtedy nie kojarzyła mi się ze sztuką współczesną – bardziej ludową, religijną – i szczerze mówiąc, w ogóle nie zrobiła na mnie wrażenia. Musiałam do niej dojrzeć, dorosnąć. Uważam, że z twórczością Rząsy bardzo trudno się spotkać, jeśli nie doświadczyło się trudnych sytuacji w życiu. A ja byłam dzieckiem z kochającego domu, gdzie zawsze wszystko było dobrze, i właściwie nie miałam takich doświadczeń. Wydaje mi się, że dopiero kiedy dochodzi się do ściany – kiedy pojawiają się pytania, na które nie ma odpowiedzi, kiedy naprawdę wiadomo, czym jest cierpienie – dopiero wtedy… Oczywiście są wrażliwi ludzie, którzy od razu to widzą i rozumieją, i bardzo im tego zazdroszczę, ale ja musiałam dojrzeć do twórczości Rząsy, żeby widzieć ją tak, jak widzę dzisiaj. Bardzo ciekawym i mocnym przeżyciem było też fotografowanie tych rzeźb. Zaczęłam je fotografować najpierw jako asystentka Juliusza Sokołowskiego, autora naszego pierwszego dużego albumu, „Antoni Rząsa. Prace”. Przy tym albumie uczyłam się, jak patrzeć na rzeźby, jak myśleć o ich fotografowaniu. A potem, przy stronie internetowej, robiłam to już samodzielnie – i to jest zupełnie co innego, kiedy spotykasz się z rzeźbą twarzą w twarz, patrzysz jej w oczy. Musisz ją zrozumieć, żeby ją oświetlić, żeby wydobyć z niej sens. Musisz zapytać ją, o co jej chodzi. A kiedy już wiesz, o co jej chodzi, musisz tak zrobić, żeby fotografia to pokazała. To dość długi proces spotkania z dziełem sztuki i wydaje mi się, że właśnie wtedy naprawdę zaprzyjaźniłam się z twórczością Rząsy.

Olga Pluta: Właśnie o to chciałam dopytać, bo jesteś autorką większości współczesnych fotografii rzeźb Antoniego Rząsy. Zastanawiam się, jak…

Magda Ciszewska-Rząsa: I Marcina Rząsy.

Olga Pluta: I Marcina Rząsy. Zastanawiam się, jak wygląda ten proces – jak przygotowujesz się do fotografowania takich monumentalnych rzeźb? Jak wygląda przygotowanie, przemyślenie, ustawienie rzeźby, oświetlenie?

Magda Ciszewska-Rząsa: To zabawne, że nawet fotografowanie obrazów jest zajęciem bardzo technicznym. Trzeba zrobić pewne rzeczy, żeby obraz był idealnie oświetlony, równiutko sfotografowany – to taka dokumentacja obrazu, niesamowicie dokładna, trudna, w gruncie rzeczy rzemieślnicza robota. Natomiast rzeźba to obiekt trójwymiarowy – można ją sfotografować tak, że się ją skrzywdzi, albo tak, że ze słabej rzeźby zrobi się coś świetnego. Jest bardzo duże pole do działania, bo ma swój cień, swoją fakturę. Wydaje mi się, że moje wykształcenie rzeźbiarskie bardzo mi w tym pomaga – rozumiem ten proces, umiem sama rzeźbić, choćby słabo. To jedna sprawa. A poza tym, jak już mówiłam – trzeba z jednej strony technicznie dobrać odpowiedni obiektyw, odpowiednie światło, ale to światło to już jest właściwie kreacja: nie zrobić zdjęcia z dołu, nie z góry, nie tak czy inaczej. Trzeba zrozumieć to, co się fotografuje – te kwiatki też muszę zrozumieć, te domeczki też muszę zrozumieć. Kiedyś asystowałam też przy zdjęciach do architektury dla „Muratora” – i tam też, żeby sfotografować architekturę, trzeba najpierw zrozumieć myśl architekta. To nie jest tak, że przychodzisz i mówisz „daj, obetnę”. Zawsze trzeba wiedzieć, o czym opowiada się tym obrazem.

Olga Pluta: Mhm.

Magda Ciszewska-Rząsa: Więc to jest taka sprawa.

Olga Pluta: Przed Tobą rzeźby Antoniego Rząsy fotografowała też jego żona, Halina Rząsa. Zastanawiam się, czy była dla Ciebie jakąś inspiracją przy fotografowaniu współczesnych rzeźb Antoniego.

Magda Ciszewska-Rząsa: Na pewno w jakimś stopniu. Jej zdjęcia są doskonałe – choć „doskonałe” to może niewłaściwe słowo. Są wynikiem przepięknej wrażliwości i zrozumienia tych rzeźb, ale też często niesamowicie bawi się w nich pejzażem. Wychodzi z rzeźbami na zewnątrz i pojawia się jakiś kontekst – chłop z krową w drugim planie, jakieś inne historie w tle. To bardzo fajne, bo konstruuje w ten sposób zupełnie nową opowieść wokół tych rzeźb. Ale często też te zdjęcia są wynikiem bardzo ograniczonych możliwości – nie miała studia, więc fotografowała w świetle dziennym. Dlatego że tutaj wszystko jest tak zabudowane, że nie ma takiej fajnej, pustej ściany jak na górze – wszędzie coś jest. Więc zawsze gdzieś jakiś bałagan, gdzieś za krótki kocyk, gdzieś coś. To było bardzo inteligentne fotografowanie – musiała jakoś w tym wszystkim wybrnąć. Zrobienie portretu to jedno, tam kontekst z tyłu nie przeszkadza, ale żeby udokumentować całą rzeźbę, często miała bardzo trudno. Fotografowała też zawsze na kliszy, więc miała ograniczony dostęp do materiału – to były czasy, kiedy nic nie dało się kupić – więc musiała bardzo oszczędnie i w punkt celować. To było naprawdę niesamowite. Ale najbardziej lubię te jej fotografie rzeźb wywożonych na Lipki, bo to świetna historia.

Olga Pluta: O właśnie, jaka to historia? Mogłabyś opowiedzieć?

Magda Ciszewska-Rząsa: Na przykład jest rzeźba, która stoi na sankach, w trawach – jakieś drzewka, krzaczki, cała kompozycja, jedna rzeźba tu, druga tam. Albo w kontekście kop siana, które na Podhalu mają zresztą niesamowity kształt, właściwie same są jak rzeźby. Zawsze jest to osadzone w jakiejś szerszej sytuacji, która jest naprawdę bardzo piękna.

Olga Pluta: Nawiązując jeszcze do Haliny Rząsy – fotografowała rzeźby swojego męża, Antoniego. Ty fotografujesz rzeźby swojego męża, Marcina. Zastanawiam się, czy czujesz z nią przez to jakąś więź, mimo że nigdy się nie poznałyście.

Magda Ciszewska-Rząsa: Na pewno tak. Byłaby moją teściową – nie wiem, jaką byłaby teściową, ale na pewno bardzo ciekawą artystką. W ogóle nasze historie są chyba trochę podobne, bo jej praktyka fotograficzna zaczęła się jeszcze przed Antonim Rząsą. Z wykształcenia była pielęgniarką, więc fotografowanie było jej drugim zawodem. Wiodła naprawdę piękne życie, fotografując Tatry i Jeziora Mazurskie, współpracując z czasopismami krajoznawczymi. Cudowne, jak na czasy komuny – jak na te strasznie trudne lata, miała to sobie fajnie ułożone. Może skromnie, ale wszyscy wtedy żyli skromnie. A jej fotografie pejzażowe są naprawdę wspaniałe. Antoniego Rząsę poznała, zaczynając fotografować prace artystów z Zakopanego. Potem, z jednej strony była cały czas fotografką, a z drugiej wychowawczynią w internacie szkolnym, mamą Marcina i wspierającą żoną w budowie domu – bo przecież to nie tak, że Antoni sam wybudował dom, miał żonę. Poważnie mówię – kierownikiem budowy zawsze jest w takich sytuacjach żona [śmiech]. Więc na pewno mamy trochę podobny los.

Olga Pluta: Wracając jeszcze do Galerii Antoniego Rząsy i obchodów pięćdziesięciolecia jej istnienia – co szykujecie dla gości galerii?

Magda Ciszewska-Rząsa: Te wydarzenia będą się rozkładać w czasie. Teraz, w ten wtorek, robimy urodziny galerii – dokładnie w dniu, w którym Antoni Rząsa, czyli dwudziestego pierwszego lipca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku, otworzył swoją galerię dla publiczności. Znaleźliśmy nawet zaproszenie i listę zaproszonych gości – wydarzenie było wtedy o osiemnastej, a my, ustalając naszą godzinę, po prostu strzeliliśmy i akurat trafiliśmy w punkt. Wydarzenia będą się ciągnąć przez cały rok. Na te urodziny planujemy coś bardzo dla nas oryginalnego – poprosiliśmy Pawła Mykietynę, żeby skomponował utwór dla Galerii Rząsy. Sami jesteśmy bardzo ciekawi, co to będzie – wiemy tylko, że to będzie raga na instrumenty drewniane. Poza tym pokazujemy bardzo intymne, rodzinne zdjęcia Zofii Rydet, przedstawiające rodzinę Rząsów – to mała perełka z kolekcji galerii. Szykujemy taką wystawę okolicznościową, buszując w naszych zbiorach – będzie trochę dzieł sztuki, trochę dokumentów, czasem bardzo absurdalnych, bo czasy, w których powstawała Galeria Rząsy, same były absurdalne. To nas bardzo cieszy, zobaczymy, co z tego wyjdzie. No i będzie impreza – a może tańce? Może nie będzie padać i będą tańce w ogrodzie.

Olga Pluta: A w drugiej połowie roku planujecie jeszcze sztukę teatralną i projekt designerski, jeśli dobrze pamiętam?

Magda Ciszewska-Rząsa: Tak, i nawet jeszcze więcej – choć to się dopiero rodzi, spisałam sobie takie punkty na Facebooku. W ramach obchodów przeskakujemy niejako od najstarszego do najmłodszego pokolenia i postanowiliśmy oddać głos temu najmłodszemu. Nasza córka, Helenka, jest aktorką, więc pokażemy spektakl studencki, wyreżyserowany przez Jadwigę Klatę, na podstawie opowiadania obecnego noblisty, węgierskiego pisarza, którego nazwiska nie potrafię teraz wypowiedzieć [śmiech] – choć ostatnio mi się udało, gdybym miała je na kartce, przeczytałabym bez problemu. Uzupełnimy to potem. Spektakl będzie pod koniec września. Będzie też, w przyjaźni z Liceum Plastycznym imienia Antoniego Kenara, z którym mocno związani są zarówno Antoni, jak i Marcin, a właściwie i ja, bo też tam kiedyś uczyłam – pokażemy wystawę trzech artystów, którzy swoją pierwszą wystawę w życiu zrobili właśnie w Galerii Antoniego Rząsy. To Hubert Czerepok, Kamil Kuskowski i Karol Cudziło. Wszyscy oni są dziś obecni w przestrzeni sztuki i zrobią u nas wystawę po latach – tamtą pierwszą mieli chyba w latach osiemdziesiątych. Planujemy też, choć chcieliśmy to zrobić latem, a wyjdzie późną jesienią, plener designerski, warsztaty designu – zobaczymy, jak to się ułoży. Mamy kilku designerów, których zaprosiliśmy do współpracy, myślimy, żeby nadać temu trochę formy mistrzowskich warsztatów, choć to jeszcze się dokładnie krystalizuje. W każdym razie pracujemy wokół mebli Antoniego Rząsy – bo choć znany jest głównie z twórczości o tematyce religijnej, poruszającej ogólny temat losu człowieka, śmiejemy się, że Antoni Rząsa odpoczywał od rzeźbienia, rzeźbiąc. Mamy przepiękną kolekcję jego rzeźbionych mebelków, które właściwie same są rzeźbami i inspirują zarówno młodych, jak i starszych designerów. Będziemy szukać jakiejś współczesnej formy tej inspiracji – meble są bardzo mocno inspirowane naturą i są naprawdę fajne. Wiele osób chętnie się nimi inspiruje i wchodzi z nimi w dialog.

Olga Pluta: To będę, Magda, trzymała kciuki za huczne świętowanie tych pięćdziesiątych urodzin Galerii Antoniego Rząsy. Bardzo dziękuję Ci za tę rozmowę.

Magda Ciszewska-Rząsa: Bardzo proszę.

Olga Pluta: Wiele ciekawych faktów o Twojej twórczości i o Galerii Antoniego Rząsy się dowiedziałam. Moim gościem była Magda Ciszewska-Rząsa, zakopiańska artystka, fotografka, rzeźbiarka i na co dzień opiekunka Galerii Antoniego Rząsy w Zakopanem. Dziękuję bardzo.