Rozmowa z Marcinem Rząsą – transkrypcja

intro muzyczne

Olga Pluta: Cześć! Witajcie w pierwszym odcinku podcastu „Artyści Zakopanego” realizowanego przez Fundację Ściana Tatr. Nazywam się Olga Pluta i zapraszam Was do cyklu rozmów z artystami tworzącymi pod Tatrami. Będziemy rozmawiać o ich twórczości, drodze artystycznej i relacji z Zakopanem. Gościem premierowego odcinka jest zakopiański rzeźbiarz Marcin Rząsa. Podcast nagrywamy we wnętrzach Restauracji Marilor – partnera cyklu podcastów. Partnerem odcinka jest Galeria Antoniego Rząsy, a projekt jest dofinansowany ze środków Urzędu Miasta Zakopane i realizowany pod honorowym patronatem Burmistrza Miasta Zakopane. Zapraszam do wysłuchania rozmowy.

Olga Pluta: Dzień dobry, Marcinie.

Marcin Rząsa: Dzień dobry.

Olga Pluta: Bardzo dziękuję i bardzo się cieszę, że mamy okazję się spotkać. Dziękuję, że przyjąłeś zaproszenie do tego podcastu. Spotykamy się w Zakopanem – w miejscu, w którym na co dzień żyjesz i pracujesz, choć dzisiaj trochę deszczowym. Jesteśmy w Restauracji Marilor, której budynek znasz dobrze z czasów szkolnych. Czy mógłbyś opowiedzieć, jak wspominasz to miejsce?

Marcin Rząsa: Rozglądam się z zaciekawieniem i widzę, co się tu pozmieniało, ale od razu człowiek rozpoznaje te miejsca i robi mu się ciepło na sercu. Tutaj mieściła się cała szkoła średnia – dyrekcja, przedmioty ogólnokształcące. Na górze był internat. Tu była aula, tu odbywały się wszystkie uroczystości. Na tej ścianie z lustrami organizowaliśmy galerię – zdarzały się różne wystawy. Tam była stołówka. Przy okazji oficjalnych wydarzeń, uroczystości, apeli i akademii, ale też wszelkich imprez – balów karnawałowych, Andrzejek – to był budynek, w którym spędzało się naprawdę dużo czasu. To była szkoła, gdzie wiele uwagi poświęcano też zabawie, więc wspominam to miejsce bardzo miło.

Olga Pluta: To dobrze słyszeć. Jesteś jednym z najbardziej cenionych współczesnych artystów zakopiańskich. Śledzę Twoją twórczość od jakiegoś czasu i pewnie większość słuchaczy naszego podcastu zna Twoje prace, ale na pewno są wśród nich osoby, które dopiero chcą je poznać. Czy mógłbyś się im krótko przedstawić – powiedzieć, kim jesteś i czym zajmujesz się jako artysta?

Marcin Rząsa: Krótko – to strasznie trudne. Moim głównym zajęciem życiowym, tym, co sprawia mi najwięcej radości i nadaje sens codziennemu funkcjonowaniu, jest rzeźbienie. Można by pomyśleć, że skoro ojciec był rzeźbiarzem, zostanie nim przez syna to naturalna konsekwencja. Myślę jednak, że większy wpływ na moją drogę miało dzieciństwo spędzone w internacie Szkoły Kenara, gdzie rodzice mieli służbowe mieszkanie. Jako jedynak miałem tam ponad trzydziestu starszych kolegów, którzy rzeźbili, rysowali i malowali. To bardziej ich przykład – bo mi imponowali – niż przykład ojca, sprawił, że zdecydowałem się na tę drogę. Dojście do rzeźby nie było proste. Był taki moment, że chciałem zajmować się grafiką – działanie na płaszczyźnie bardziej mi odpowiadało. Ale koniec końców rzeźba pojawiała się coraz częściej – może zgodnie z zasadą, że jabłko od jabłoni daleko nie pada. Sporo szukałem: zmieniałem uczelnie i pracownie, miałem ważne spotkania z różnymi nauczycielami i profesorami. Myślę, że każdy z tych elementów tworzył układankę i jest równie istotny. I udało się – rzeźba cały czas mi towarzyszy. Wciąż widzę przestrzeń do tego, żeby robić kolejne kroki i żeby to się dalej rozwijało.

Olga Pluta: Skupiając się na Twojej twórczości rzeźbiarskiej – rzeźby, które tworzysz, mają bardzo charakterystyczną formę, którą można nazwać Twoim znakiem rozpoznawczym. Czy mógłbyś o niej opowiedzieć?

Marcin Rząsa: Ta forma kształtowała się jeszcze w czasie studiów. W świecie sztuki funkcjonowałem od dzieciństwa – za sprawą rodziców obserwowanie tego, co w sztuce się dzieje, było moją codziennością od najmłodszych lat. Moje ostateczne decyzje artystyczne kształtowały się przez lata i nie były świadomymi postanowieniami, że pójdę tą, a nie inną drogą. Wydawało mi się, że sztuka jest rzeczą bardzo osobistą, wręcz intymną. Z biegiem czasu coraz mniej przekonania miałem do sztuki głośnej, która nas ustawia, jak mamy funkcjonować w życiu, wygłasza manifesty. Coraz silniejsze było natomiast przekonanie, że kontakt z widzem powinien być rozmową w cztery oczy – że fajnie jest prowokować ludzi do samodzielnego myślenia, uruchamiać w nich gen twórczy, żeby stawali się czynnymi odbiorcami. Takie podejście rzutowało na to, że opowiedziałem się za tradycyjnym warsztatem: pracuję w drewnie, używam tradycyjnych narzędzi i posługuję się postacią. Moja rzeźba jest figuratywna – tradycyjna, zachowawcza. Cały czas jednak szukam w niej kontaktu z widzem, bardzo intymnego kontaktu. Bardziej zależy mi na tym, żeby to widz się uaktywniał. Mówię czasem, gdy ktoś mnie naciska, żebym coś opowiedział o swoich rzeźbach, że to są prace, które raczej słuchają. Nie mówią – słuchają tego, co ma do powiedzenia widz, który dał się uwieść tym pracom.

Olga Pluta: A co Twoim zdaniem wyzwala emocje w odbiorcach Twoich prac? Co sprawia, że się uruchamiają?

Marcin Rząsa: Staram się tak kształtować i formować moje prace, żeby swoją formą emanowały ciszą i spokojem. Bardzo często zwracam uwagę na to, żeby eliminować wszystkie elementy, które byłyby zbyt głośne, narzucały narrację, podsuwały w ewidentny sposób jakiś przekaz. A jednocześnie staram się je formować tak, żeby swoją powierzchownością zachęcały – żeby miło się z nimi obcowało. Posługuję się dwiema skalami: czasem moje rzeźby mają kilkanaście centymetrów, czasem naturalną wielkość człowieka. W przypadku tych małych prac bardzo sobie cenię pewien odruch zwiedzających – gdy coś pokazuję w pracowni, widz ma ochotę wziąć rzeźbę do ręki, mieć z nią bezpośredni kontakt. Nie traktuje jej jako czegoś, co ma stać na piedestale i być oglądane z dystansu. Forma przełamuje ten dystans i ludzie bez pytania biorą prace do ręki, nawiązując kontakt nie tylko wzrokowy, ale też przez dotyk – przez drewno, które ma zapach.

Olga Pluta: Czy przypominasz sobie jakąś reakcję na Twoją rzeźbę, która Cię w jakiś sposób zaskoczyła? Może coś, co pozwoliło spojrzeć na pracę inaczej?

Marcin Rząsa: Jest taka historia sprzed kilku lat. Zrobiłem kompozycję, która swoją formą kojarzy się z szachownicą – na drewnianych klockach ustawionych jak pola szachownicy stoją postacie. Kompozycja jest pomyślana tak, żeby widz mógł ją układać po swojemu: ja aranżuję ją tak, by między postaciami było jak najmniej interakcji, żeby każda była osobna, ale zwiedzający mogą to zmieniać. Trochę się bałem, że to nie zadziała – z doświadczenia w prowadzeniu galerii wiem, że w Polsce odbiorcy bywają nieśmiali, a muzealny odruch, by nie dotykać dzieł sztuki, jest silny. Oczywiście dzieci od razu się rzucają i przestawiają, ale dorośli – niekoniecznie. Na wystawie w Niemczech byłem jednak miło zaskoczony: ludzie spontanicznie reagowali, powstawały różne kompozycje. Praca została kupiona, a po jakimś czasie przez galernika odezwali się do mnie jej właściciele. Okazało się, że korzystają z niej na co dzień – stała się elementem spotkań towarzyskich. I zdobyli się na odwagę, by zapytać, czy mogliby dokupić jeszcze trochę klocków i postaci, bo przy większych grupach brakowało elementów. Praca nie stała się obiektem, który stoi na półce i się kurzy – żyła w ich domu, była częścią codzienności. Takie komunikaty zawsze mnie bardzo cieszą i widać, że to działa.

Olga Pluta: Chciałam zapytać o wariacje formy Twoich rzeźb – bo choć forma wyjściowa jest spójna, rzeźby różnią się od siebie. Jedne mieszczą się na dłoni, inne mają dwumetrowy format. Czasem nadajesz im wymyślne nakrycia głowy, czasem pojawia się kolor. Skąd biorą się te wariacje?

Marcin Rząsa: Cały czas żyjemy, jeździmy po świecie, oglądamy różne rzeczy, czytamy – i się zmieniamy. To jest dla mnie czasem nawet zaskakujące, bo wydaje mi się, że w przypadku tych małych postaci forma jest w jakiś sposób zakonserwowana, że obowiązuje pewien kanon. Na przykład moje postacie zawsze stoją bosymi stopami na ziemi – to element, który w ogóle nie podlega dyskusji. Ale jak do mnie trafiają jakieś stare rzeczy – bo zdarza się, że ktoś zgłasza się z rzeźbą do naprawy, bo na przykład kot skoczył i rzeźba spadła – i patrzę na te prace z niedowierzaniem, jak bardzo się zmieniły. Cały czas jestem przekonany, że rzeźbię to samo. A okazuje się, że te prace cały czas ewoluują.

Olga Pluta: Czy długo zajęło Ci dojście do tej formy? Może po drodze były prace, po których dziś byśmy nie rozpoznali, że to Twoje?

Marcin Rząsa: To długa i zabawna historia. Zostałem trochę przez okoliczności zmuszony do zrobienia retrospektywnej wystawy – jeszcze w czasie pandemii, więc musieliśmy znaleźć inne rozwiązanie i odbyła się u nas w domu i galerii. Robiąc taki rachunek sumienia i zastanawiając się, co pokazać, odkryłem, jak często o ważnych rzeczach decyduje przypadek. Małe postacie pojawiły się właśnie przez przypadek, jeszcze w czasie studiów. Pojechałem na wakacje do Francji i zostałem na winobraniu – spóźniłem się na akademię blisko miesiąc. Musiałem nerwowo nadganiać zadanie w pracowni profesora Kucza: mieliśmy zbudować kompozycję, multiplikując jakieś elementy. Rozejrzałem się i zobaczyłem, że nikt nie pracuje z postacią ludzką. A że wszyscy byli już mocno zaawansowani, a ja dopiero startowałem – wymusiło to wielkość postaci. Gdybym zaczynał razem z wszystkimi od pierwszego października, pewnie robiłbym je większe. Tutaj, nie mając czasu, zacząłem rzeźbić małe postaci. Gdy powstała kompozycja, okazało się, że ma spory potencjał. Dość szybko te małe postaci stały się moim znakiem rozpoznawczym, a jednocześnie cały czas pojawiały się nowe możliwości – zaczęły chodzić, siadać, działy się różne rzeczy. Od tamtego zadania – myślę, że to był koniec lat osiemdziesiątych – te postaci powstają już blisko czterdzieści lat. Miewam momenty, gdy ich powstaje mniej, gdy robię sobie od nich czas odpoczynku, ale potem bardzo szybko do nich wracam. Bywają pojedynczymi postaciami, bywają częścią większych grup. Przy grupach zaczyna się dodatkowa zabawa – materią rzeźbiarską przestają być pojedyncze figurki, a staje się nią przestrzeń między nimi. To przestrzeń do budowania nowych światów – myślę, że nie do znudzenia.

Olga Pluta: Wspomniałeś, że pracujesz wyłącznie w drewnie. Skąd ten wybór materiału?

Marcin Rząsa: Śmieję się czasem, że z lenistwa. Drewno ma tę zaletę, że cały proces technologiczny jest prosty i przyjemny. Gdy rzeźbi się tradycyjnie w glinie, w pewnym momencie trzeba się zastanowić, jak ją utrwalić – zaczynają się procesy robienia form i odlewów i nagle okazuje się, że samo rzeźbienie to tylko połowa pracy. Reszta to nieprzyjemna technologia: człowiek paprze się w gipsach, wszystko jest brudne, zimne. Drewno – ma się kloc i się je obrabia. Większość gatunków wiąże się z bardzo przyjemnym zapachem. Jak się rzeźbi w drewnie owocowym – czereśnia pachnie czereśnią, jabłoń pachnie jabłkami. To wielka frajda. Poza tym w pewnym momencie praca po prostu się kończy – nie da się jej poprawić i wiadomo, że trzeba ją odłożyć i zabrać się za następną. Bardzo podoba mi się też to, że ma się blok materiału i rzeźba się z niego wyłania. Na początku, szczególnie przy dużych rzeźbach, można pracować piłą łańcuchową i siekierą – to praca trochę drwala i cieśli, która cieszy tym, jak postać się wyłania. Potem zaczyna się balansowanie na wąskiej krawędzi, jak chodzenie w górach po grani – każdy fałszywy krok jest nieodwracalny i nie ma miejsca na poprawki. Na początku jest się po kolana w wiórach, a potem przychodzi moment, gdy po całym dniu pracy wióry mieszczą się na małej szufelce. Wtedy praca polega już nie na ciesielstwie, ale na siedzeniu, patrzeniu i zastanawianiu się, co dalej. Niektóre prace czekają wręcz latami, gdy gdzieś się zawieszę i nie potrafię rozwiązać jakiegoś problemu. Ten proces wyłaniania się rzeźby z bloku jest dla mnie bardziej inspirujący niż dolepianie i odlepianie w tę i z powrotem. W drewnie trzeba być zdecydowanym.

Olga Pluta: To może prozaiczne pytanie, ale skąd pozyskujesz drewno do swoich rzeźb?

Marcin Rząsa: Mam dwa źródła. Pierwsze – wiele osób, wiedząc, że rzeźbię w drewnie, dzwoni do mnie, gdy ktoś wycina drzewo w ogrodzie i pyta, czy nie jestem zainteresowany. Drugie – mam firmę, hurtownię drewna koło Myślenic, gdzie jest kilku panów pasjonatów. Mają satysfakcję z tego, że dysponują dobrym materiałem, i widać, że cieszy ich, gdy ktoś go docenia.

Olga Pluta: Drewno jest też punktem styku między Twoją twórczością a twórczością Twojego ojca, Antoniego Rząsy. Czy mógłbyś opowiedzieć o nim osobom, które jeszcze nie znają jego dorobku?

Marcin Rząsa: Drewno to chyba najsilniejszy wspólny mianownik tego, co robił ojciec i tego, co robię ja. Ojciec traktował ten materiał w wyjątkowo partnerski sposób. Opowiadając w galerii o tym, jak ojciec patrzył na materiał, zawsze przytaczam taką historię: ojciec o klockach, w których rzeźbił, nigdy nie mówił „drewno” – mówił, że rzeźbi w „drzewie”. Miał pełną świadomość, że kupując deski, kupuje drewno, ale gdy miał w pracowni kloc do rzeźbienia, miał kawałek drzewa. W wielu wypowiedziach ojciec zwracał uwagę, że materiał w pracowni ma swoją historię, swój los – rósł w takich lub innych warunkach i to wszystko odbija się w jego charakterze. Praca z tym materiałem to spotkanie z bytem, który ma swoją historię i życie. Pani Kenarowa użyła kiedyś porównania – zastrzegając, że to oczywiście uproszczenie – że twórczość ojca jest formą korzenioplastyki: Chrystusy z wyciągniętymi ku górze dłońmi to tak naprawdę konary drzewa, w którym ojciec rzeźbił. To, jak potrafił wczuć się w charakter materiału, jest niebywałe. Mamy przestrzeń magazynową udostępnianą do zwiedzania – ojciec nie kończył rzeźb od razu, odkładał je, gdy nie wiedział, co dalej. Mamy kilkadziesiąt niedokończonych prac, zaczętych nawet na początku lat sześćdziesiątych. To niesamowite: patrzy się na konar, rozgałęzienie, dwa konary i widać delikatną ingerencję dłuta – kilka gestów i te konary zamieniają się w ręce, pień z ledwo podrzeźbionym torsem staje się Chrystusem. Pół godziny pracy i gotowe. Ja traktuję materiał trochę bardziej brutalnie – nie mam pomysłu, żeby aż tak wykorzystywać układ drewna. Ojciec doprowadził to do perfekcji i mistrzostwa.

Olga Pluta: Rzeźby Antoniego Rząsy można oglądać w Galerii Antoniego Rząsy, którą prowadzisz wspólnie z żoną Magdą. Czy mógłbyś opowiedzieć więcej o tym miejscu?

Marcin Rząsa: To miejsce obchodzi w tym roku pięćdziesięciolecie. Jak wspominałem, mieszkaliśmy w internacie szkoły Kenara. Ojciec miał pełną świadomość, że to nie jest docelowe miejsce dla naszej rodziny – składającej się z mamy, taty i mnie, ale też z bardzo wielu rzeźb, bo ojciec bardzo niechętnie rozstawał się ze swoimi pracami. Tych rzeźb było mnóstwo. Myślę, że głównym powodem wybudowania domu na Bogdańskiego było stworzenie galerii – gdy w 1976 roku była otwierana, galeria była już gotowa i urządzona, a część mieszkalna wciąż była w stanie surowym. Ojciec bardzo krótko cieszył się tym miejscem – tylko cztery lata galeria istniała za jego życia. Była to galeria autorska, gdzie można było spotkać tatę i posłuchać, jak opowiada o swoich rzeźbach. Potem nagle odziedziczyłem to miejsce. Przez pierwsze lata trwało to w takiej formule, że zamieszkali ze mną przyjaciele studiujący historię sztuki i prowadziliśmy galerię razem – gdy ktoś chciał przyjść, mógł zajrzeć i obejrzeć rzeźby. Po dziesięciu latach zapadła decyzja, że trzeba to prowadzić dynamiczniej: zaczęły się pojawiać plakaty i informacje, zaczęliśmy organizować wystawy innych artystów. Od czasu, gdy jesteśmy razem z Magdą, prowadzimy galerię wspólnie. Pomagają nam różni przyjaciele i znajomi – bardzo nas cieszy, że udało nam się zbudować zespół ludzi, którzy wspierają nas i traktują tę przestrzeń jako wspólną sprawę. Galeria działa kilkutorowo. Jest część muzealna z rzeźbami ojca, od czasu do czasu organizujemy wystawy artystów pozostających w dialogu z twórczością ojca, organizujemy też wystawy jego prac poza Zakopanem. Prowadzimy działania warsztatowe i edukacyjne. Ale często organizujemy też rzeczy, które po prostu sprawiają nam frajdę – zapraszamy artystę i przez dwa miesiące możemy obcować z jego pracami. To luksus niedostępny przy zwykłych wizytach wystawowych. Można zaparzyć kawę, usiąść i pooglądać. Dajemy tej galerii, ale galeria też nam oddaje.

Olga Pluta: Warto też wspomnieć, że wizytę w Galerii Antoniego Rząsy można połączyć z wycieczką do Doliny Strążyskiej – galeria znajduje się przy samym wejściu do doliny. Wstęp jest bezpłatny, wystarczy wcześniej zadzwonić i sprawdzić, czy jesteście w domu.

Marcin Rząsa: Tak. Patrząc marketingowo – to nie jest najmądrzejsze położenie, bo gdyby galeria była bliżej centrum, bliżej Krupówek, wielu osobom byłoby łatwiej do nas dotrzeć, a nawet przypadkowo na nas trafić. Jesteśmy trochę schowani – ale za to w bardzo malowniczym miejscu. Myślę, że rodzice wybierając tę lokalizację, kierowali się sentymentem: Dolina Strążyska to od dzieciństwa miejsce rodzinnych spacerów, czasem dwa razy dziennie. Jesteśmy blisko natury, granic parku, gór. Działamy jako „galeria na telefon” – dobrze jest do nas zadzwonić. Ma to tę zaletę, że można przyjść o różnych porach. Na przykład można tak zaplanować dzień, żeby w ciągu dnia wyjść w góry, a do nas zajrzeć wieczorem. Większość muzeów i galerii zamyka się o osiemnastej lub dziewiętnastej – do nas po umówieniu można przyjść o dwudziestej, a nawet o dwudziestej pierwszej.

Olga Pluta: Chciałam zapytać o plany związane z 50-leciem galerii. Co planujecie?

Marcin Rząsa: Sama data pięćdziesięciolecia wypada 21 lipca. Poprosiliśmy Pawła Mykietyna o skomponowanie utworu, który byłby ilustracją dźwiękową – ojcu bardzo zależało na tym, żeby w galerii była muzyka, więc pomyśleliśmy, że to dobra okazja. Co do wystawy – mamy jeszcze kilka pomysłów, ale to piękna rzecz w prowadzeniu takiej galerii: w odróżnieniu od instytucji oficjalnych, które muszą planować z wielkim wyprzedzeniem i pisać wnioski o dotacje, my możemy działać dynamicznie. Jak wpadniemy na pomysł, możemy zorganizować wystawę w ciągu tygodnia. Mamy też w galerii takie miejsce zaaranżowane przez rodziców obok kominka – meble taty, które przez lata były używane na co dzień: stół był stołem, ławy były ławami, siadywało się i gawędziło. Od pewnego czasu zaczęliśmy traktować te meble jako eksponaty muzealne, więc teraz jest lekka konsternacja – staramy się na nich nie siadać. Wpadliśmy na pomysł, że 50-lecie to dobry pretekst, żeby zaprosić kilku znajomych designerów i poprosić o zaprojektowanie mebli inspirowanych meblami ojca – żeby zastąpiły oryginały i żeby to miejsce przy kominku mogło znowu normalnie funkcjonować, jak dawniej.

Olga Pluta: Zakopane to miejsce, w którym żyjesz i tworzysz. Jakie są Twoje pierwsze wspomnienia z nim związane?

Marcin Rząsa: Podstawową zaletą Zakopanego jest to, że leży u stóp Tatr. Tatry są dość wyjątkowymi górami. Dużo jeździmy i często jest tak, że zakopiańczycy – wydawałoby się – chętnie wybierają inne miejsca, gdzie linia horyzontu nie jest tak dramatycznie ukształtowana. Tymczasem większość naszych znajomych na wakacje jedzie w inne góry. Trochę jesteśmy od tych Tatr uzależnieni. To przestrzeń, gdzie siła krajobrazu, natury i pogody ustawia człowieka we właściwej pozycji – przypomina, że o pewnych rzeczach decydujemy sami, ale są też siły większe, które trzeba respektować. To porządkuje priorytety, co jest na świecie ważne bardziej, a co mniej. Dlatego jesteśmy z Magdą narciarzami. Śmiejemy się, że mamy taką wajchę w domu: pod koniec listopada lub na początku grudnia, jak pojawią się pierwsze opady śniegu i można już wyjść na biegówki koło domu, wajcha z pozycji „kultura” przełącza się na „narciarstwo”. W tym roku trzeciego maja wróciła z powrotem na „kulturę”. Zakopane ma też tę zaletę, że mimo że to trochę większa wioska, oferuje to wszystko, co duże miasta: Muzeum Tatrzańskie z ciekawą ofertą wystaw i spotkań, Teatr Witkacego, kina z najnowszymi premierami. Polskie miasta poniżej trzydziestu tysięcy mieszkańców zazwyczaj nie oferują tak bogatej palety wydarzeń kulturalnych. Do tego Zakopane jest świetnie położone – Kraków i Warszawa w jedną stronę, ale też niedaleko Bratysława, Wiedeń i Budapeszt. Pojechanie do Kunsthistorisches Museum obejrzeć Bruegla i Velázqueza nie jest żadnym problemem.

Olga Pluta: Czy masz swoje ulubione miejsce w Zakopanem?

Marcin Rząsa: Dolina Strążyska – bez dwóch zdań. To miejsce, gdzie jeśli wieczorem nie wyjdę na spacer, dzień jest jakoś niepełny. Chodzenie w to samo miejsce wciąż na nowo daje satysfakcję z zauważania zmian. Przez ciągłe obcowanie z tym samym miejscem człowiek nagle dostrzega, że tu pojawił się pączek lilii złotogłów, tam pod świerkiem przebijają się pędy obuwnika, a gdzieś indziej przekwitły już jakieś kwiatki. Nagle przemknie pstrąg w potoku, o którym wydawało się, że nie ma w nim ryb od dawna. To wielka frajda obserwowania tych zmian. Jest też coś innego – ten godzinny spacer to czas na rachunek sumienia: co się zrobiło, co się udało, nad czym trzeba popracować, o czym pamiętać. Moment na refleksję i porządkowanie myśli. Ewidentnie najważniejsze miejsce poza domem.

Olga Pluta: Czy Zakopane to dobre miejsce dla artystów?

Marcin Rząsa: Studiowałem w Warszawie i tam mam najwięcej kontaktów zawodowych. Magda jest warszawianką i absolwentką warszawskiej ASP – ma tam duże grono przyjaciół. Decyzja o Zakopanem była dla mnie dużo łatwiejsza, bo to moje miejsce. Dla osób spoza Zakopanego zamieszkanie tutaj – po pierwszym momencie zauroczenia – okazuje się trudne. Klimat bywa ciężki, ludzie bywają kapryśni i podatni na zmiany pogody. Większość to rasowi meteopaci i warto uważać, żeby poważnych spraw nie załatwiać w czasie wiatru halnego. Magda potrzebowała około dziesięciu lat, żeby się z tym miejscem zaprzyjaźnić. To była prawdziwa kwestia wyboru: albo funkcjonować tu w ciszy i spokoju, z pewnym dystansem do centrum, albo wrócić do Warszawy, gdzie jesteśmy bliżej tego, co się dzieje. Jestem zadowolony z tej decyzji. Funkcjonowanie w Zakopanem przez dystans jest cenne: żyje się wolniej i spokojniej, ma się więcej czasu dla rodziny i przyjaciół. Pewien dygot współczesnych czasów nie dociera tu z taką intensywnością. Jest jeszcze jeden aspekt: po okresie, gdy Zakopane było traktowane jako miejsce zdominowane przez kulturę popularną i turystykę masową, coraz więcej ludzi dostrzega jego ogromny potencjał. Rośnie zainteresowanie góralszczyzną, historią zakopiańskiej szkoły rzeźbiarskiej i Szkoły Kenara. Coraz więcej ludzi ze świata kultury tu trafia. Gdy ktoś przyjeżdża do Zakopanego, ma się po prostu więcej czasu – można usiąść i porozmawiać, pójść razem w góry. W Krakowie czy Warszawie ktoś wygospodarowałby trzy kwadranse i już trzeba kończyć.

Olga Pluta: Czy myślisz, że Twoja twórczość wyglądałaby inaczej, gdybyś tworzył w Warszawie?

Marcin Rząsa: Myślę, że byłaby dużo większa pokusa, żeby wskoczyć w nurty, które obowiązują, stać się podatnym na mody. Szczególnie że dziś rola kuratorów znacznie wzrosła i bardzo często mają oni istotny udział w kształtowaniu wystaw. Tutaj, siedząc w Zakopanem, od początku do końca sam odpowiadam za swoje decyzje. Może czasem dobrze byłoby z kimś porozmawiać, pospierać się o rację. Ale to, że siedzę z dala od centrum, jest dla mojej twórczości korzystne.

Olga Pluta: Na koniec naszej rozmowy chciałam odesłać słuchaczy zainteresowanych Twoją twórczością do jedynej dotąd monografii – książki z tekstem Doroty Folgi-Januszewskiej i fotografiami Twojej żony Magdy. Ta książka nie jest klasycznym katalogiem – to raczej literacka, poetycka opowieść o Twojej twórczości. Skąd pomysł na taką formę?

Marcin Rząsa: Książka powstała jako publikacja towarzysząca retrospektywnej wystawie, o której wspominałem. Jej formę wymusił charakter materiału, którym dysponowaliśmy. W odróżnieniu od ojca, który trzymał rzeźby blisko siebie i bardzo niechętnie się z nimi rozstawał, moje prace opuszczają pracownię i wędrują po świecie. Materiał fotograficzny, którym dysponowaliśmy, był bardzo różnorodny. Na szczęście Magda jest osobą rzetelną – gdy mówię, że rzeźba jest gotowa i ma gdzieś pojechać, ona pilnuje, żeby ją sfotografować, nawet gdy sytuacja jest nerwowa. Czasem to są piękne, staranne zdjęcia studyjne, a czasem trzeba zrobić zdjęcie komórką, bo za chwilę rzeźby nie będzie. Ten różnorodny materiał trafił do Maćka Januszewskiego, który projektował książkę. Podobno wydrukował sobie wszystko i w domu trudno było przejść – cała podłoga w salonie, kuchni i korytarzu była założona zdjęciami moich rzeźb. W pewnym momencie jego matka Dorota Folga-Januszewska, balansując między fotografiami, powiedziała: „Takie dwa zdania napisałam, może się przydadzą”. Gdy zobaczyliśmy te zdania, poprosiliśmy o następne. W ten sposób urodził się tekst. Po cenionym historyku sztuki można by się spodziewać tekstu, który jasno wyłoży, o co chodzi w twórczości Marcina Rząsy. A ten tekst jest bardzo poetycką opowieścią, która być może bardziej sprawę komplikuje i gmatwa, niż wyjaśnia – wprowadza nowe wątki. Jestem za niego bardzo wdzięczny. Ta publikacja to rozmowa między mną jako rzeźbiarzem, Magdą jako fotografem, Maćkiem jako grafikiem i panią profesor jako historykiem sztuki.

Olga Pluta: A gdzie aktualnie można zobaczyć Twoje rzeźby – w Zakopanem i poza nim?

Marcin Rząsa: W Zakopanem od lat współpracuję z Galerią YAM przy Krupówkach – to miejsce, które pomaga przeżyć zakopiańskim artystom, prowadzone kompetentnie jako rodzinna galeria sztuki. Współpracuję też z galerią Projekt 101 w Warszawie. Jeśli ktoś przyjdzie do naszej galerii – teraz akurat dolną część zajmuję jako pracownię, więc moich gotowych prac na co dzień tam nie ma, ale kto chce zobaczyć rzeźby, wystarczy się upomnieć. Nie mam problemu z wpuszczaniem gości do pracowni – można zobaczyć, jak wygląda proces powstawania prac. Parę dni temu została też otwarta wystawa w Kielcach, w Domu Praczki. Na początku trochę się przed nią broniłem, bo to wystawa wspólna – moja i taty. Z doświadczenia wiem, że gdy obok siebie stoją rzeźby ojca i syna, obie drewniane i figuratywne, pierwszym odruchem widza jest szukanie podobieństw i różnic, a nie osobne oglądanie każdej twórczości. Tak się jednak złożyło, że ta wystawa doszła do skutku – są prace taty, moje, a dołożyliśmy też zdjęcia mamy. Taka bardzo rodzinna wystawa. Na wernisażu nie wstydziłem się za bardzo za efekt, więc mogę śmiało polecić.

Olga Pluta: Trzymam mocno kciuki za frekwencję na kieleckiej wystawie i za obchody pięćdziesięciolecia Galerii Antoniego Rząsy. Bardzo dziękuję za tę rozmowę. Bardzo miło mi się rozmawiało.

Marcin Rząsa: Dziękuję.

outro muzyczne