Rozmowa ze Stanisławem Cukrem – transkrypcja
Olga Pluta: Cześć. Witajcie w czwartym odcinku podcastu „Artyści Zakopanego”, realizowanego przez Fundację Ściana Teatr. Nazywam się Olga Pluta i zapraszam Was do cyklu rozmów z artystami współcześnie tworzącymi pod Tatrami. Będziemy rozmawiać o ich twórczości, drodze artystycznej i relacji z Zakopanem. W czwartym odcinku podcastu rozmawiam z panem Stanisławem Cukrem, zakopiańskim rzeźbiarzem, medalierem i wieloletnim dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych imienia Antoniego Kenara w Zakopanem. Podcast nagrywamy we wnętrzach zakopiańskiej restauracji Mari Lor, partnera cyklu podcastów. Projekt jest dofinansowany ze środków Urzędu Miasta Zakopane i realizowany pod honorowym patronatem Burmistrza Miasta Zakopane. Zapraszam do wysłuchania rozmowy. Dzień dobry, panie Stanisławie.
Stanisław Cukier: Dzień dobry, witam.
Olga Pluta: Na samym początku chciałabym bardzo podziękować, że zgodził się pan na udział w podcaście „Artyści Zakopanego” i że znalazł pan czas, żeby się tu z nami spotkać.
Stanisław Cukier: To jest powinność. Wydaje mi się, że jeżeli człowiek się tu urodził, tu tworzy i jeszcze włącza się w to życie artystyczne, to przecież właśnie o to chodzi.
Olga Pluta: To dla mnie bardzo ważne. Panie Stanisławie, już klasycznie, jak to w naszym podcaście „Artyści Zakopanego” – na samym początku naszej rozmowy chciałabym poprosić pana, żeby krótko się pan przedstawił i w kilku zdaniach opowiedział o swojej twórczości, zwłaszcza osobom, które jeszcze pana nie znają i chciałyby się o panu więcej dowiedzieć.
Stanisław Cukier: Nazywam się Stanisław Cukier. Szkołę, w której teraz siedzimy, sam kończyłem – tutaj zdawałem egzamin wstępny, chyba nawet w tym samym miejscu, w którym teraz siedzę. Trzeba było wtedy narysować martwą naturę, a potem odbywały się rozmowy kwalifikacyjne. To był taki czas, kiedy o jedno miejsce ubiegały się cztery osoby – każdy chciał chodzić do zakopiańskiej szkoły imienia Antoniego Kenara. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku robiłem dyplom, który był trochę podwójny: trzeba było zrobić rzeźbę i napisać pracę teoretyczną o wybranym artyście albo o innym dowolnym temacie, związanym na przykład z ornamentem czy historią rzeźby. Napisałem pracę o Joachimie Sobczaku – nauczycielu działającym w Zakopanem w okresie międzywojennym, który studiował też we Francji, w Paryżu. Co ciekawe, więcej pisano o nim w prasie francuskiej niż polskiej. Był bardzo ciekawym artystą i nauczycielem – Kenar dużo z nim współpracował, mieszkał nawet w domu Sobczaków, i to właśnie w jego pracowni powstawała większość ceramicznych prac Kenara. Szkoda, że ta pracownia się nie zachowała – mogła być dziś częścią naszych muzeów i dalej służyć naszej społeczności, ale miasto chyba po prostu nie miało na to pieniędzy – to były trudne czasy dla kultury.
Później zdałem na studia do Warszawy i byłem uczniem profesora Słoniny, który też był uczniem Kenara tutaj, w Zakopanem. Kenar chciał nawet, żeby Staszek Słonina wrócił do Zakopanego i został pedagogiem obok mistrza, ale Słonina został jednak na warszawskiej akademii. Dzięki temu chyba my, Zakopiańczycy, mieliśmy potem taką otwartą drogę do Warszawy – większość absolwentów naszej szkoły zdawała do Gdańska, Warszawy czy Poznania, mało kto do Krakowa, bo tam prawie nikt się nie dostawał. Może chodziło o to, że to zbyt blisko, a może krakowskim profesorom coś przeszkadzało w naszej formie rzeźbienia czy rysowania – nie wiem. W każdym razie wybieraliśmy uczelnie gdzieś dalej, poza Krakowem.
Po studiach zacząłem pracować na uczelni – zrobiłem dyplom zarówno z rzeźby, jak i z medalierstwa, czyli małej formy rzeźbiarskiej – i zostałem tam nauczycielem zawodu. Uczyłem studentów i pomagałem im przy realizacji dyplomów w brązie, co było wtedy nowością – wszyscy chcieli się nauczyć tej techniki i mieć rzeźby w brązie, bo to materiał niezwykle „przenośny”: to, co się wymyśli, można w nim utrwalić. Po siedmiu latach wróciłem do Zakopanego i zacząłem pracę w szkole, najpierw jako nauczyciel rysunku i malarstwa – zastępowałem wtedy profesora Antoniego Walocha, który wziął urlop dla podratowania zdrowia. Miało to trwać pół roku czy rok, a zostałem w tej szkole prawie trzydzieści lat.
Jeśli chodzi o moją twórczość – nie jestem samotnikiem. Zawsze marzyłem o dużej rodzinie, o wielu dzieciach, i dobrze czułem się właśnie w takim rodzinnym gronie – to mnie artystycznie napędzało. Portrety żony, dzieci, bliskich – to były moje główne tematy. Malowałem też przyjaciół: Marian Gromada portretował mnie, a ja portretowałem jego. To były fajne, towarzyskie spotkania, związane i ze szkołą, i ze środowiskiem. Chyba tyle na początek.
Olga Pluta: Chciałabym dopytać o kilka rzeczy związanych z pana twórczością rzeźbiarską. Czytałam o niej między innymi w opracowaniach pani Anny Król, która jest chyba największą specjalistką, jeśli chodzi o pana twórczość.
Stanisław Cukier: Myślę, że ona w ogóle jest specjalistką od rzeźby polskiej – wystarczy wspomnieć jej wspaniałe wystawy, poświęcone między innymi Teofilowi Lenartowiczowi. Rzeźba to naprawdę jej temat.
Olga Pluta: Właśnie o pana rzeźbach pisze, że są to prace, w których głównym tematem jest człowiek i jego egzystencja. Jeżeli chodzi o bohaterów pana rzeźb, wspomniał pan, że są to rodzina i przyjaciele. Kogo jeszcze wybiera pan na bohaterów swoich prac?
Stanisław Cukier: To dosyć wąskie grono. Zdarzają się też prace o charakterze sakralnym – gdy ktoś poprosi mnie na przykład o rzeźbę ogrodową. Nie boję się takich tematów, bo zawsze chodzi przecież o formę, o pewną wielkość, o pomysł – czy to będzie rzeźba kameralna do wnętrza, czy do ogrodu.
Olga Pluta: Częstymi bohaterami pana prac są między innymi brat Albert, czyli Adam Chmielowski, oraz Edyta Stein.
Stanisław Cukier: Tak, brat Albert. I Edyta Stein – zresztą już niedługo przypada bardzo ważna rocznica związana z nią. Dużą rzeźbę Edyty Stein przekazałem do kościoła Świętego Krzyża w Zakopanem – można się tam nawet, w pewnym sensie, na chwilę zatrzymać.
Olga Pluta: A czy to są historie, które szczególnie pana osobiście poruszają i dlatego stają się bohaterami pana rzeźb?
Stanisław Cukier: Myślę, że tak. Zainteresowanie Edytą Stein wzięło się chyba stąd, że w dniu, w którym ona zmarła, zmarł też mój teść. Interesował się akurat Edytą Stein, rozważał jej dzienniki – i chyba coś z tych rozmów we mnie zostało. Spodobała mi się ta postać. Zrobiłem potem serię dużych wystaw międzynarodowych – w Oświęcimiu i w Zakopanem, w Miejskiej Galerii. Do tego tematu włączył się też Adiusz Waloch, który miał piękną wystawę w Rzymie – swojej rzeźby poświęconej Edycie Stein. Później te rysunki wykorzystano jako ilustracje do książki księdza profesora Bronisława Broniewskiego. Zresztą Ania Waloch prezentowała je chyba także na wystawie w Czerwonym Dworze.
Olga Pluta: A brat Albert Chmielowski?
Stanisław Cukier: Mieliśmy wystawę w Monachium, a przecież Adam Chmielowski tam studiował. Zresztą zawsze lubiłem tę postać, więc nie było z tym żadnego problemu. Wystawę robiłem razem z panem Ireneuszem Wrześniem, i pojawił się nawet pomysł, żeby Akademia Monachijska upamiętniła naszego już świętego. Niestety niemieccy artyści ani sama Akademia nie były tym zainteresowani [śmiech]. Model tej rzeźby wrócił do Zakopanego – mam go teraz w domu. Cieszę się, że poświęciłem mu trochę czasu, bo on sam poświęcił swój czas najbardziej potrzebującym, ubogim. To była naprawdę piękna, charyzmatyczna postać.
Olga Pluta: Bohaterem wielu pana rzeźb jest też Don Kichot.
Stanisław Cukier: Tak, jest. To też chyba za sprawą Dominika Rostworowskiego – w krakowskiej Galerii na ulicy Jana dwadzieścia spotykał się cały świat artystyczny, malarze i rzeźbiarze. Był tam pewnie i taki wątek, i zaproszono mnie na wystawę, i jakoś to wszystko się posypało – powstało z tego dużo pięknych rzeczy. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo naprawdę dowiemy się tego dopiero za sto lat [śmiech].
Olga Pluta: Wśród bohaterów pana rzeźb są też postacie związane z kulturą, na przykład Bruno Schulz.
Stanisław Cukier: Tak.
Olga Pluta: Na przykład Olga Boznańska.
Stanisław Cukier: Olga Boznańska – to zasługa mojego syna Pawła, który jest scenografem i napisał scenariusz filmu o niej, marząc, żeby taki film kiedyś powstał. Rodzina Rostworowskich, czyli te krakowskie rodziny, dały mu bezpośrednią okazję porozmawiać z bliskimi Boznańskiej i przejść się po miejscach, gdzie tworzyła, mieszkała, spacerowała. Specjalnie w tym celu pojechał nawet do Paryża, żeby odnaleźć miejsca, w których można by nakręcić ten film. Chciał pokazać Olgę Boznańską poprzez jej siostrę, pianistkę – trochę zagubioną, niewierzącą w siebie, w dramatycznym dialogu, w którym Olga jej pomaga. Był taki czas, kiedy Akademia Filmowa zapraszała młodych ludzi z pomysłami, które można by zrealizować, ale strona, na którą Paweł wysłał scenariusz, nigdy się nie otworzyła, więc uznał, że nikogo to nie zainteresowało [śmiech]. Scenariusz mimo to powstał – nawet miasto Bielsko wytypował na plan filmowy, jako namiastkę Paryża. To są marzenia, które nie muszą się spełnić, ale to też pewien wątek, w którym ojciec, poprzez syna, próbował wyrzeźbić Boznańską taką, jaką ją widzi.
To zresztą trochę dialog z moimi dziećmi – mam ich czwórkę, z czego troje to artyści. Marysia skończyła warszawską Akademię, studiowała też we Włoszech, a potem przez długie lata mieszkała w Hiszpanii. Teresa skończyła licencjat we Wrocławiu, a potem pojechała studiować dalej do Niemiec, do Koblencji, i tam już została na stałe. Paweł, który skończył scenografię, wylądował w Amsterdamie – zajmuje się tam projektowaniem ubioru, ale głównie dla siebie, dużo pisze, rysuje i pracuje. Zakopane nie jest w stanie przyjąć wszystkich artystów, nawet tych, którzy chcieliby wrócić – po prostu nie ma tu tyle przestrzeni.
Olga Pluta: A wracając do pana rzeźb – czy pojawiają się w nich też postacie bezpośrednio związane z Zakopanem, jak Wojciech Gerson czy Tytus Chałubiński?
Stanisław Cukier: Poznałem tu świętej pamięci Macieja Wolińskiego, spokrewnionego w bezpośredniej linii z Wojciechem Gersonem – to ta sama rodzina, co Wiślowie. Wiadomo, że Gerson tu przyjeżdżał i przywoził swoich studentów na wędrówki. Dzięki temu mamy dziś Zachętę i wielu wspaniałych malarzy, którzy tu tworzyli – to właśnie Gerson dbał o tych młodych ludzi, kupował ich prace, wysyłał na stypendia do Francji czy Monachium. Była nawet przymiarka, żeby postawić tablicę albo jakoś upamiętnić Wojciecha Gersona, ale niestety nic z tego nie wyszło – w Zakopanem chyba nie ma na to takiej potrzeby. Jedyne, co się wydarzyło, to wystawa Wojciecha Gersona w OKS-ie, dzięki wspaniałemu gestowi pani Anny Wende-Surmy, która była wtedy dyrektorką. Na tej wystawie pokazano też moją figurę Wojciecha Gersona, która miała może zaistnieć jako portret czy tablica. Nic z tego się nie udało, ale przynajmniej jest ślad tej próby, w którą włączyła się też Akademia Warszawska. Bo przecież gdyby nie Wojciech Gerson i jego gimnazjum, nie mielibyśmy tej Akademii ani tych wspaniałych, słynnych później profesorów i malarzy, którzy tworzyli tu i utożsamiali się z Zakopanem.
Olga Pluta: A wracając jeszcze do rzeźb, ale z innej strony – te pana rzeźby w brązie są zazwyczaj potem patynowane, prawda?
Stanisław Cukier: Tak.
Olga Pluta: Są patynowane zielenią, złotem, błękitem. Ale powstają w bardzo interesującej technice traconego wosku. Czy mógłby pan trochę o niej opowiedzieć? To dość ciekawy temat, bo wszystko zaczyna się od stworzenia rzeźby w wosku.
Stanisław Cukier: To technika stara jak świat – ma na pewno kilkanaście tysięcy lat. Kiedyś Władysław Hasior zamarzył, żeby ktoś zajął się tu na nowo techniką traconego wosku, żeby spróbować odnaleźć do niej klucz. I chyba padło to na dobry grunt, czyli na mnie i moich kolegów, bo przecież takich rzeczy nie da się zrobić samemu. Zaczęliśmy próbować w ogrodzie w Warszawie, na posesji Andrzeja Wende, gdzie zbudowaliśmy pierwszy piec. Uczyliśmy się i próbowaliśmy, aż w końcu się udało. Później pojechałem do Berlina, na niemiecką akademię, gdzie też się trochę dowiedziałem, i spotkałem tam artystów niemieckich, którzy pod Berlinem mają swoje pracownie rzeźbiarskie – taki ich odpowiednik naszego Orońska. Tam dowiedziałem się jeszcze więcej o technice traconego wosku. Później stworzyliśmy pracownię odlewniczą w ramach koła naukowego, do którego włączyło się kilka osób z Zakopanego – ja, Bronek, Krzysztof, Staszek Bryndal, Marian Gromada. Dziś z tego grona żyją jeszcze Marian Gromada i Krzysztof Renes, reszta już odeszła – czas leci. Ale ta technika się przyjęła i jest dziś wykorzystywana przez artystów w Polsce i na świecie, nie jest żadną tajemnicą. Wręcz przeciwnie – zawsze chętnie dzieliłem się tą wiedzą jako nauczyciel, bo wielu chciało się jej nauczyć. Dzięki temu myślę, że sporo artystów wykorzystuje dziś tę technikę we własnej twórczości – w Zakopanem choćby Tomasz Ros czy Ewa Ros. Ja też bardzo chętnie ją stosuję, jako swego rodzaju przedłużenie dotyku. To technika, która pozwala zatrzymać nawet linie papilarne, gest, lekkość myśli. To naprawdę niesamowita rzecz.
Olga Pluta: Sama technika polega na tym, że najpierw tworzy się model z wosku, a później się go zalewa…
Stanisław Cukier: Mam tu nawet przykład. Lepi się to podobnie jak z gliny ceramicznej – tak jak glina, dobrze przygotowana, wysuszona i wypalona w piecu, utrwala bezpośredni efekt tworzenia, tak samo dzieje się z woskiem. To bardzo przyjemna praca – wosk pięknie pachnie.
Olga Pluta: Podczas rozmowy z Marcinem Rząsą wspominał mi, że jednym z najbardziej przyjemnych dla niego aspektów pracy jest to, że kiedy rzeźbi w drewnie, szczególnie w jabłoni czy w czereśni, pojawia się ten charakterystyczny zapach. Czy dla pana to również jeden z najprzyjemniejszych aspektów pracy?
Stanisław Cukier: Myślę, że tak. Podobnie pewnie jest u Karola Szostaka – on też ma dużo prac odlewanych w brązie, sam się tej techniki nauczył, podobnie jak jego ojciec, Michał.
Olga Pluta: Ciekawe w tej technice jest też to, że powstaje tylko jeden oryginał danej pracy.
Stanisław Cukier: To prawda. Jeżeli chce się uzyskać powtórzenia, trzeba użyć formy negatywowej – może to być silikon albo forma gipsowa. Kiedyś używano do tego na przykład żelatyny, robiąc kompozycję z żelatyny i pewnej substancji balsamicznej. Powstawał z tego na ciepło swego rodzaju kisiel, który wlewało się do formy, w której umieszczało się rzeźbę – gipsową czy woskową. Dzięki temu można było zachować formę i powtarzać odlewy.
Olga Pluta: A czy poza brązem rzeźbi pan również w innych materiałach?
Stanisław Cukier: Miałem szczęście, że zapraszano mnie do Strzegomia, gdzie są olbrzymie kamieniołomy i duże zakłady kamieniarskie. Pan Zenon Kisiel, który ma tam kamieniołomy, lubi artystów i zapraszał ich do siebie – mnie zaprosił cztery razy. Zrobiłem tam cztery duże rzeźby w granicie, choć akurat z kamienia afrykańskiego. Później próbował nawiązać współpracę z Ukrainą, ale niestety się nie udało. Kiedyś polskie kamieniołomy, jak choćby Janowa Dolina, miały świetną tradycję – większość tamtejszych kamieniarzy i znawców tematu została stamtąd wypędzona i wylądowała właśnie w Strzegomiu, więc te tradycje są tam niebywałe. Dzięki temu powstały duże, ponaddwumetrowe rzeźby. Nie udało mi się ich przywieźć do Czerwonego Dworu – stoją przed moim domem, ważą w sumie siedem ton. Może kiedyś bym się na to porwał, ale niestety na mojej ulicy powstała inwestycja deweloperska, która zawęziła wjazd na moją posesję, więc te rzeźby chyba zostaną tam już na zawsze – nie ma jak dojechać profesjonalnym sprzętem. Szkoda, że Zakopane jest tak niszczone przez tę deweloperkę, która niby ma komuś służyć, a w gruncie rzeczy zabija miasto. To już nie ma wiele wspólnego z Zakopanem, jakie pamiętam sprzed czterdziestu, pięćdziesięciu lat. Jedną rzeźbę zostawiłem w Strzegomiu – to moja żona. Jest nawet w katalogu.
Tę rzeźbę wykorzystali Sybiracy, ludzie z Wołynia, z dzisiejszej Ukrainy, do upamiętnienia matek, które ginęły albo musiały zmagać się z zesłaniem na Syberię. To bardzo piękny gest, że ta rzeźba w ten sposób nadal komuś służy.
Olga Pluta: Oj, nie mogę tego znaleźć [śmiech]. Ale to jest właśnie ta rzeźba przedstawiająca pana żonę trzymającą dziecko…
Stanisław Cukier: Właśnie, to był punkt wyjścia, ta inspiracja. Zrobiłem ją później również w czarnym kamieniu afrykańskim zwanym impala. Jest jeszcze inna rzeźba kamienna, która się z tym wiąże – nazywa się „Spacer”. Ma dwa metry dwadzieścia wysokości.
Olga Pluta: I to też jest rzeźba, która powstała w Strzegomiu, tak?
Stanisław Cukier: Tak. W Strzegomiu powstały wszystkie cztery te rzeźby. Zrobiłem tam też „Tenisistkę”, która reprezentowała potem Polskę na wystawie olimpijskiej w Londynie. Dostałem za nią nawet nagrodę, była też pokazywana na wystawie w Lozannie.
Olga Pluta: Zastanawiałam się, która z polskich tenisistek pana zainspirowała do tej rzeźby – Jadwiga Jędrzejewska czy któraś inna? Czy ma ona bezpośrednią inspirację?
Stanisław Cukier: To był akurat czas Agnieszki Radwańskiej, więc może chodziło o ten okres, choć wprost bym tak nie powiedział. To bardziej temat-wyzwanie, pewien archetyp – artyście czasem trzeba impulsu, czasem konkretnej sytuacji, która to wywołuje. O, właśnie, tu jest ta rzeźba – w granicie, też ma dwa metry dwadzieścia. Można ją zobaczyć u mnie w ogródku, choć niestety jest niewielki – ten dom razem z ogrodem ma zaledwie cztery ary, więc to nie jest duża przestrzeń.
Olga Pluta: Chciałam jeszcze podpytać o rzeźby, które pan wykonał, a które funkcjonują w przestrzeni publicznej różnych miast w Polsce – wspomniał pan już o pomniku Matki Sybiraczki w Strzegomiu, o rzeźbie Edyty Stein w kościele Świętego Krzyża w Zakopanem. Jest też pomnik Jana Pawła II w Jabłonce.
Stanisław Cukier: Tak, jest w Jabłonce – Jan Paweł II idący z różańcem, w pewnym sensie na spacerze. Trochę inaczej to sobie wyobrażałem, liczyłem na czystą, pustą łąkę, ale niedaleko Jabłonki jest szkoła ogrodnicza i zaangażowała się w to tamtejsza młodzież, co uważam za bardzo fajne. Jabłonka w ogóle jest miejscem bardzo silnym, dynamicznym, dużo się tam dzieje. No i jest jeszcze Tarnów. W Tarnowie młody malarz, Tomasz Czech, zaprosił mnie do współpracy przy hospicjum, które powstało od zera – dzięki zbiórkom pieniędzy na ulicy i pomocy ludziom potrzebującym. To duże hospicjum, nazywa się „Ostatnia Droga”. Zrobiłem tam ołtarz, razem z Tomkiem i jego żoną Martą, a także drogę krzyżową i figurę Matki Bożej. Warto się tam kiedyś zjawić – miałem tam zresztą bardzo fajną wystawę. To absolutnie oddolna inicjatywa, wszystko powstało zgodnie z artystyczną wizją, a nie jako narzucona z góry tablica jakiejś instytucji. To ciekawe miejsce dla ludzi, którzy mają tam godnie odejść, gdzie można się nimi zaopiekować w tej ostatniej drodze – usiąść, pomodlić się. Całą tę inicjatywę stworzyła i bardzo się w nią zaangażowała pani Anna Czech, obecnie dyrektor szpitala w Tarnowie, matka Tomasza. Fajne jest to, że powstało to w tak rodzinny, oddolny sposób i dziś naprawdę dobrze funkcjonuje – warunki dla potrzebujących są tam niebywale godne.
Olga Pluta: Wracając jeszcze do rzeźb, które można gdzieś zobaczyć – w tej chwili trwa też pana wystawa w Centrum Kultury Rodzimej, w Willi Czerwony Dwór. Można ją oglądać do dziesiątego października. Jak się pan czuje, widząc wszystkie te swoje rzeźby zebrane w jednej przestrzeni?
Stanisław Cukier: Powiem szczerze, że zawsze się przed tym trochę broniłem, choć pewnie gdzieś w głębi marzyłem o wystawie w Zakopanem. Dwa razy nawet złożyłem podanie do Biura Wystaw Artystycznych, mam nawet potwierdzenie, że je złożyłem.
Olga Pluta: Że wpłynęło?
Stanisław Cukier: Ale jakoś nigdy się to nie udało. Aż w końcu pani Małgosia Wnuk trochę o to zawalczyła – zabiegała o to i „dręczyła” mnie przez siedem lat [śmiech]. Powiem szczerze, do końca się broniłem, nie dlatego, że nie chciałem, ale bo rzeźbiarz, artysta, chyba nie widzi siebie w danym miejscu – te wystawy zawsze odbywały się tam na piętrze. Dobrze się złożyło, że pani Anna Król miała wtedy wykład o Zofii Stryjeńskiej, więc i to, że akurat ta wystawa jest tutaj, pasowało. Powiedziałem – a właściwie to raczej moja żona podsunęła ten pomysł – że jeśli Hanka Król podejmie się tego i uzna, że wystawa w tym miejscu ma sens, to niech się odbędzie, ale nic na siłę. Pani Anna Król, jako profesor, wykładowczyni, stworzyła na Akademii Sztuk Pięknych coś w rodzaju katedry wystawienniczej – teraz zresztą będziemy mieli piękną wystawę jej uczniów w Miejskiej Galerii, poświęconą Kasprowiczowi, która miała już wcześniej miejsce na Harendzie. To ludzie profesjonalnie przygotowani do pracy w trudnych, nieoczekiwanych warunkach. Znaleziono tu kompromis – wykorzystano całą dolną kondygnację, ogród i zdjęcia. To już pomysł pani Małgosi Wnuk. Gdyby nie zdjęcia Tomasza Czecha, Piotra Żydzińskiego i Pawła Stelmacha – profesjonalnych fotografów, którzy na co dzień zajmują się fotografią reklamową, pokazami mody – to by tak dobrze nie wyszło. To zawodowcy, którzy wiedzą, jaki sprzęt jest potrzebny, i muszą też lubić fotografowaną osobę, być przekonani, że to dobry materiał do zdjęć. Dzięki temu, że zdjęcia były zrobione tak profesjonalnie, dało się je powiększyć – i bardzo ładnie uzupełniają wystawę, tworzą pewną aurę.
Olga Pluta: Na tej wystawie, oprócz rzeźb figuratywnych w różnych rozmiarach, można też zobaczyć pana medaliony.
Stanisław Cukier: Raczej plakietki.
Olga Pluta: Plakietki.
Stanisław Cukier: Nie medale, bo tu po prostu nie ma na to warunków – żeby dobrze pokazać medale, potrzeba odpowiedniego światła. Zresztą w sumie czuję się bardziej medalierem, twórcą małej formy rzeźbiarskiej, niż rzeźbiarzem w klasycznym sensie. Kiedy miałem wystawę w Arsenale, w Muzeum Czartoryskich, warunki były świetne – podobnie w Częstochowie, w tamtejszej Miejskiej Galerii. Tam pracują zawodowcy od wystawiania takich rzeczy, którzy stale podnoszą kwalifikacje w zakresie oświetlenia wystawienniczego – to zresztą cała nowa dziedzina. Zrobili mi tam bardzo fajną wystawę, gdzie każda rzeźba była osobno sfotografowana i doświetlona. To była prawdziwa uczta, prawdziwe wydarzenie. Później była jeszcze wystawa w Muzeum Sztuki Japońskiej, gdzie to spotkanie kultur, ta różnica klimatów, też ładnie się poukładało. Miałem szczęście spotkać na swojej drodze wielu ludzi naprawdę oddanych sztuce – choćby pana Jacka Wartość czy panią Marię Poprzęcką, czy Anię Król. To ludzie, którzy profesjonalnie zajmują się pokazywaniem sztuki, dzieleniem się emocjami, wrażliwością, opowieścią o człowieku – to jest właśnie ten temat.
Olga Pluta: Wracając do medalierstwa – sam pan powiedział, że czuje się pan bardziej medalierem. Co sprawia, że to dla pana tak bliska forma?
Stanisław Cukier: To bardzo bezpośredni kontakt – ma się ten medal w dłoni, to jest jakby dialog, bezpośrednie bycie z tą myślą.
Olga Pluta: Ale też właśnie te prace medalierskie spowodowały, że pana prace znalazły się w zbiorach Muzeum Brytyjskiego w Londynie.
Stanisław Cukier: Nie do końca wiem, jak to się stało – to były lata siedemdziesiąte, osiemdziesiąte, kiedy nie mieliśmy jeszcze możliwości swobodnego wyjazdu z pracami za granicę. Tę rolę pełniła wtedy Desa. Jakimś cudem musiała być jakaś wystawa w Londynie, ktoś tam zauważył moją pracę, kupił ją – i okazało się, że trafiła do British Museum. To była miła niespodzianka. Później rzeczywiście zostałem tam zaproszony – byłem na kongresie medalierów, artystów świata, właśnie w British Museum, gdzie poznałem wielu niesamowitych ludzi i prezentowałem swoje prace. Później, dzięki organizacjom towarzyszącym, takim jak FIDEM, moje prace trafiły też do innych muzeów na świecie. Na przykład rok temu ukazał się duży artykuł o mnie w „The Medal” – a oni tam nie przyjmują prac podarowanych, wszystko muszą kupić, nawet za symbolicznego funta, bo chcą mieć wpływ na decyzję o tym, co jest, ich zdaniem, wartościowe. Cały ten artykuł musiał być więc udokumentowany – nikt nie mógł pomyśleć, że coś sobie fantazjuję, że twierdzę, że coś mojego gdzieś tam jest, bez podstaw. To dla mnie cenne, że oni tak poważnie traktują sztukę – nic tam nie dzieje się przypadkowo.
Olga Pluta: Ja też znalazłam informację o trzech pana pracach w zbiorach Muzeum Brytyjskiego – to medale „Marysia”, „Staś” i „The Dreamer”. Chciałam sprawdzić, czy to rzeczywiście te trzy prace, czy jest ich więcej.
Stanisław Cukier: Są. Zresztą w British Museum, gdzie są te niebywałe egipskie mumie, idąc głębiej trafia się właśnie na dział medalierski – i tam rzeczywiście te prace są. Zresztą bardzo dobrze współpracuje z nimi nasze krakowskie muzeum – kolekcja pułkownika Czapskiego – są tam wspaniali ludzie. Polska ma naprawdę dobrą relację z British Museum.
Olga Pluta: Na początku naszej rozmowy wspomniał pan o nagrodzie, którą otrzymał pan od Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego za pracę „Tenisistka”.
Stanisław Cukier: Chodzi właściwie o „Pływaczkę”, bo MKOl robił swój konkurs osobno. Jest tam pływaczka, dziewczyna, która ma oczy tuż nad wodą, w takim właśnie momencie. „Tenisistka” powstała w ramach konkursu zorganizowanego przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, a „Pływaczka” – w konkursie organizowanym przez Polski Komitet Olimpijski. Za tę drugą dostałem złoty medal, a praca była pokazywana w Instytucie Polskim w Londynie. To było bardzo fajne, powstały nawet katalogi – jest sporo dokumentów poświęconych tym pracom.
Olga Pluta: Ale też innym, bardzo prestiżowym wyróżnieniem, które pan otrzymał, był srebrny medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.
Stanisław Cukier: Tak, dostałem go.
Olga Pluta: Jakie znaczenie ma dla pana taka nagroda?
Stanisław Cukier: To bardziej nagroda za pracę pedagogiczną niż stricte artystyczną – przyznało ją Ministerstwo Kultury, dział edukacji artystycznej, jak sądzę. Zresztą sam medal zaprojektował absolwent szkoły Kenara, mój profesor, a później kolega z pracy, Piotr Gawron – niestety zmarł dwa lata temu. Wybitny artysta, pedagog, wspaniały człowiek, prawdziwy przyjaciel artystów. To właśnie dzięki niemu zainteresowaliśmy się odlewaniem brązu w technice traconego wosku, był naszym opiekunem w tym temacie. Zresztą określenie „Enarowcy”, którym nazywa się absolwentów szkoły imienia Antoniego Kenara, nie podoba się Uli, która uważa, że szkoła Kenara to czas, kiedy sam Antoni Kenar w niej był. Ale jakoś to się poukładało – „Enarowcy” to dziś chyba szersze pojęcie, bardziej duch tej szkoły niż dosłowna przynależność czasowa.
Olga Pluta: A właśnie mówiąc o szkole Kenara – sam pan jest przecież jej absolwentem.
Stanisław Cukier: Szkoły imienia Antoniego Kenara – zaraz pewnie dostanę jakiś list, bo Ula zaraz nas zbeszta za tę nieścisłość [śmiech]. Szkoda, że tak to wygląda, ale trudno. Ula jest po prostu bardzo czuła i wrażliwa na tym punkcie.
Właściwie jestem uczniem uczniów Kenara – uczyli mnie tacy jego uczniowie jak Antoni Grabowski, Antoni Rząsa, Władysław Pawlik, który teraz mieszka w Londynie, a także Czesław Jałowiecki czy Jasiu Orzyński. To oni byli prawdziwymi uczniami samego Kenara.
Olga Pluta: Chciałam zapytać, jakie wartości i idee wpoiła panu ta szkoła i co pan później, jako nauczyciel i dyrektor, przekazywał dalej swoim uczniom?
Stanisław Cukier: Myślę, że fenomenem tej szkoły było to, że od razu uczono nas pracy w materiale – bezpośrednie spotkanie z drewnem, kamieniem, lepienie w glinie ceramicznej dawało odwagę i uczyło myśleć formą. A przecież cały czas chodzi właśnie o formę, obojętnie czy mówimy o rzeźbie sprzed tysiąca lat, czy sprzed paru tysięcy lat – to jest ten język, ten alfabet artystycznego porozumiewania się. Co ja może do tego dołożyłem? Chyba niewiele – może podróże artystyczne. Moje pokolenie nigdzie nie wyjeżdżało, po prostu nie było takiej szansy, a reprodukcje, które znaliśmy, były czarno-białe. Pani Halina Kenarowa, prowadząc nam wykłady z historii sztuki, musiała nam opowiadać, jak dany obraz wygląda w kolorze i jakiej jest wielkości – i to było bardzo ciekawe, inspirujące. Dopiero później, gdy człowiek pojechał w świat i spotkał się z dziełami sztuki na żywo, bywał zaskoczony, że wyglądają zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażał. Myślę, że to bardzo dobre, że dziś Marek Król i jego nauczyciele, zwłaszcza Piotr Bies – to młode pokolenie pedagogów – jeżdżą z młodzieżą do Włoch, Francji, Hiszpanii, i ci młodzi ludzie mają już bezpośredni kontakt ze sztuką. To najważniejsza sprawa. Zresztą okres międzywojenny, który tak nas tu zachwyca, to właśnie Jarocki, Harenda, pan Piotr Kampio – to byli ludzie, dla których Zakopane się nie kończyło, bo cała Europa, cały świat, był włączony w to życie kulturalne i artystyczne. Myślę, że dziś jest kontynuacja tej idei, i to chyba jest ważne dla młodych ludzi.
Olga Pluta: A czy na bieżąco śledzi pan losy swoich uczniów, absolwentów?
Stanisław Cukier: Właśnie wczoraj miałem spotkanie z panem Pawłem Stepańskim, młodym, niebywale zdolnym człowiekiem, który dostawał nawet nagrody za swoje prace w Zakopanem. Tak się złożyło, że kiedy ja odchodziłem ze szkoły, on ją kończył. Rozmowa była naprawdę fajna, piękna, mądra – myślę, że różnica wieku nie ma tu żadnego znaczenia, liczy się ta lekkość, świeżość myślenia i dzielenie się wiedzą oraz wątpliwościami, bez kompleksów.
Olga Pluta: I pewnie taką okazją do takich spotkań będą też obchody stu pięćdziesięciolecia istnienia szkoły, właśnie w tym roku.
Stanisław Cukier: Właśnie tak. Myślę, że bardzo ważną rolę odgrywa też Galeria Antoniego Rząsy – wspaniałego pedagoga. Mój dyplom, który robiłem w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku, przypadł na jego ostatnie lata pracy w szkole – Rząsa miał wtedy jeszcze zajęcia z naszą klasą. Zrobiliśmy wówczas medal z okazji stulecia szkoły. Teraz mamy stu pięćdziesięciolecie – to też bardzo wymowna, symboliczna data.
Olga Pluta: I w Galerii Antoniego Rząsy jest też taki piękny ślad pana twórczości.
Stanisław Cukier: Tak, jest.
Olga Pluta: To popiersie? Portret?
Stanisław Cukier: Tak, swobodny portret. Umówiliśmy się z Marcinem Rząsą, że się wymienimy – ja dam mu portret jego ojca, który sam zrobiłem, a ponieważ Marcin ma jakieś pięćdziesiąt szkiców-portretów do rzeźb, które kiedyś robił jego ojciec, wybrałem sobie jedną pracę w ramach tej wymiany. To bardzo fajne mieć w domu pracę swojego nauczyciela. Zresztą mam sporo kolekcji sztuki zdobytej właśnie w ten sposób – kolekcjonerzy często się wymieniają. Proponowałem nawet, żebyśmy jako związek artystów zrobili wystawę pokazującą, czym otaczają się w domach zakopiańscy artyści. Byłby to fajny temat, na razie nie udało nam się go zrealizować, ale może kiedyś. Każdy ma przecież swojego ulubionego artystę, którego prace pozyskał albo przez wymianę, albo przez kupno.
Olga Pluta: A kto należy do grona pana ulubionych artystów?
Stanisław Cukier: Myślę, że Kulisiewicz. Mam kilka jego prac. Rząsa – z tego też jestem dumny. Mam też z osiem prac Bednarskiego. Są tam i profesorowie, i rówieśnicy – czy to Boruta, czy inni. Jest tego trochę, i to jest bardzo miłe.
Olga Pluta: Panie Stanisławie?
Stanisław Cukier: Ach, jeszcze Matuszewski – Zbyszek, wspaniały grafik, rysownik [śmiech]. Nie wiem, czy czegoś tu nie namieszałem.
Olga Pluta: Panie Stanisławie, myślę, że już powoli będziemy kończyć naszą rozmowę.
Stanisław Cukier: Chyba tak. Lepiej, lepiej – bywało gorzej [śmiech].
Olga Pluta: Jest bardzo dobrze. Bardzo miło mi się z panem rozmawiało – dużo się dowiedziałam o rzeźbie, o medalierstwie i o panu.
Stanisław Cukier: Jeszcze wrócę na chwilę do medalierstwa – jest tu sporo absolwentów warszawskiej uczelni, którzy zajmują się małą formą rzeźbiarską i mieszkają w Zakopanem. Warto byłoby zrobić kiedyś niesamowity wykład z panią Basią Trochimiak, która była profesorem, wykładowczynią i współtworzyła szkołę arteterapii, łącząc sztukę z psychologią. Ona też była uczennicą pani profesor Zofii Demkos, u której zrobiłem kiedyś niebywałą wystawę w jej szkole. Gdyby nie pani Demkos, wielu z nas pewnie nie skończyłoby tej uczelni – potrafiła nas jakoś poprowadzić, dodawała sił. Była przy tym niebywale dobrze wykształcona, znała kilka języków, odbyła wiele podróży artystycznych i stypendiów zagranicznych – i to wszystko miało potem duże znaczenie w mojej pracy pedagogicznej, w spotkaniach z młodzieżą. Ja sam później, razem z panią profesor Zofią Demkos i Piotrkiem Gawronem, tworzyliśmy coś w rodzaju małej katedry małej formy rzeźbiarskiej i medalierskiej – i myślę, że sporo młodych ludzi do nas lgnęło, chciało być w tym gronie. Zakopane jest pełne takich pięknych ludzi, tylko trzeba ich gdzieś uruchomić. Jest tu na przykład ciekawy człowiek, któremu warto byłoby poświęcić trochę czasu – Rysiek Zarycki, rzeźbiarz, którego stryjem jest Andrzej Zarycki, komponujący w Piwnicy pod Baranami muzykę do poezji dla Ewy Demarczyk. We Wrocławiu jest parę jego dużych, pięknych, kamiennych rzeźb – bardzo współczesnych. Tutaj jest mało znany, a gdzieś w świecie – przynajmniej moim zdaniem – jest znany i ważny. Takie spotkania, takie rozmowy, mogłyby to wszystko ożywić. No i Marian Gromada – wierzę, że zgodzi się na wystawę swoich obrazów w Czerwonym Dworze. Namalował całą serię niebywałych obrazów poświęconych muzykowaniu, „Byli Chłopcy Byli”. To niesamowite. Zresztą to też piękna historia – ojciec Grzesia działał w Nowym Jorku, w ramach fundacji kościuszkowskiej. To już nie jest opowieść o mnie, ale pokazuje, jak te różne przestrzenie na świecie się ze sobą łączą.
Olga Pluta: Będziemy się starali dotrzeć do jak największej liczby artystów i ich wesprzeć.
Stanisław Cukier: Trzeba dopaść tego Mariana i mobilizować.
Olga Pluta: Dobrze, będziemy go zatem „dorywać” i mobilizować. Panie Stanisławie, bardzo dziękuję za rozmowę. Było mi bardzo miło.
Stanisław Cukier: Dziękuję. Nie wiem, czy czegoś tu nie namieszałem, ale jestem wdzięczny, że pani Małgosia Wnuk była tak uparta i cierpliwa i w końcu dopięła swego. Sam w niczym nie mogłem jej pomóc, bo akurat dopadła mnie pewna przypadłość, która odebrała mi siły. Ale może tak miało być – może te siły, które komuś są odbierane, w innej formie są dodawane, poprzez inne osoby: rodzinę, dom, przyjaciół. To jest ważne.
Olga Pluta: Panie Stanisławie, na pewno pan nie namieszał. Na pewno bardzo pan pomógł.
Stanisław Cukier: Nie wiem, nie wiem [śmiech].
Olga Pluta: Dziękuję bardzo.
Stanisław Cukier: Ja również dziękuję.